Wpisy Komentarze

Zapiski z Państwa Środka » Chiny, Szanghaj » Sacrum i profanum, czyli Góra Sheshan w Szanghaju

Sacrum i profanum, czyli Góra Sheshan w Szanghaju

Tym razem wyprawa niedaleka, ba! rzec by można że to raptem wycieczka krótka, a nie żadna tam eskapada. Wybraliśmy się z Heleną na drugą stronę Szanghaju. Phi – parsknie ktoś i wzuszy ramionami – też mi wycieczka. Co też może być ciekawego w takim mieście jak Szanghaj? Więcej – co może być na tyle odsteresowującego i innego od tego, co dookoła, że warto poświęcić jeden dzień na taki wypad?

Już wyjaśniam, co też może być takiego ciekawego. Otóż wybraliśmy się na górę Sheshan (dzielnica Songjiang). To raptem kwestia zapakowania się w metro i wysiadki na przystanku Sheshan (linia nr 9). Potem można albo wybrać się pieszo, albo – jak zrobiliśmy – zapakować się na stacji metra w taksówkę i podjechać kawałek do podnóża wzgórza (widoki przez większość trasy mało interesujące, ot jakieś pole golfowe, osiedla willowe chińskich milionerów – mało ciekawe to i w żaden sposób nie pomagające się zrelaksować).

Jazda taksówką to raptem 10-15 minut, po drodze oczy można nacieszyć przez chwilę widokiem na wzgórze. A na wzgórzu dwie przyciągające wzrok budowle: bazylika z 1925 roku i biała kopuła obserwatorium astronomicznego (założonego przez francuską misję katolicką w roku 1900).

Taksówkarz podwiózł nas pod jedną z bram i zasugerował jak można się dostać na szczyt. Zapłaciliśmy, wyszliśmy z auta i od razu trafiliśmy pod ‘obstrzał’ stojących u bramy kiku starszych kobiet. Wśród oferowanych produktów królowały świece. Hmm, nie lubię takiego typu sprzedawców, podziękowałem więc grzecznie (za pierwszymi dwoma razami), potem zdecydowanie odmówiłem zakupu (kolejne dwa razy), w końcu poprosiłem wymownie, żeby mi panie dały spokój. Jeśli mam zacząć relaks od odganiania się od nachalnych sprzedawców i powtarzania po raz n-ty, że dziękuję, ale nie jestem zainteresowany, to może to popsuć humor. Na całe szczęście rozbawił mnie poważny starszy pan, sprawiający wrażenie strażnika bramy, który także zerwał się ze swojego miejsca (krzesła ustawionego przy bramie) i ruszył w stronę Heleny. No bo wiadomo – biały, to pewnie nic po chińsku, więc lepiej od razu ruszyć do swoich. I zaczął Helenie wyjaśniać (choć to było bardziej pouczanie, niż wyjaśnianie), że nie możemy wejść tą bramą, bo to droga do katedry.

Na reakcję Heleny, że my właśnie do katedry przyjechaliśmy pan najpierw odrobinę się zmieszał (jak to? Chinka do katedry? I to jeszcze nie w stroju ślubnym coby jakieś ‘fajne’ zdjęcia porobić? Nie, coś tu nie tak), ale szybko odzyskał wigor i zaczął niemal krzyczeć, że nie możemy wejść tą bramą, bo dla takich jak my, to jest droga naokoło. Puściłem jego krzyki mimo uszu (aczkolwiek korciło, żeby zapytać co to za ‘tacy jak my’) i ruszyłem w stronę bramy. Zatrzymała mnie Helena – że niby nie może wejść, bo jak nie jest się wyznawcą, to nie można. Jak wyznawcę odróżnić od niewyznawcy? Starszy pan miał na to swój sposób. Zadał Helenie pytanie, czy ma imię świętego. Helenę zamurowało, nie za bardzo wiedziała, o co ten człowiek ją w ogóle pyta. Zapewne chodziło mu o imię/imiona nadane na chrzcie i chciałem mu już powiedzieć, że ja owszem, mam takowe, ale stwierdziłem, że wystarczy. Po prostu ruszyłem przed siebie, przykazując Helenie, żeby nie słuchała Pana, tylko ruszyła ze mną. Pan coś tam jeszcze krzyczał, więc odwróciłem się, powiedziałem, że idę do katedry i zapytałem czy ma coś przeciw temu. Podziałało. Coś tam mruknął pod nosem, ale w końcu dał nam spokój.

Jak to mówią, początki są zawsze trudne. Czasami trzeba się pomęczyć na początku, żeby potem szło już z górki. Akurat w tym przypadku było odwrotnie – trzeba było przetrwać tą pierwszą ‘potyczkę’, żeby móc się wdrapać na szczyt 😉

—–

Jakkolwiek wzgórze to nie jest jakimś szczególnym wyzwaniem dla osoby lubiącej chodzić po górach, to jednak jest miłą odmianą dla kogoś, kto mieszka w Szanghaju i porusza się w świecie, gdzie przemyka się między wieżowcami, porusza ruchomymi schodami i windami między lotniskami, dworcami i biurowcami. Tutaj zaś w końcu miałem okazję poczuć się jak – nie przymierzając – w tarnogórskim parku repeckim. Masa drzew, rosnących beż żadnych planów i wytycznych, ot tak, jak matka natura chciała i gdzie chciała. Wszystko sprawiające wrażenie choasu, ale przecież w naturze chaosu nie ma – wszystko ma jakiś tam porządek, nawet jeśli na takowy nie wygląda. Miło więc było ruszyć na szczyt, oddychając wyjątkowo czystym powietrzem. Ładna, słoneczna pogoda, była dodatkową atrakcją. Szybko dotarliśmy do pierwszych budynków – służących jako sklep z dewocjonaliami, do tego dom pielgrzyma (jak mi się wydaje) i mały kościół:

Gdzieś w oddali dostrzegliśmy większą grupkę Chińczyków skupionych na modlitwie, przy – jak mi się wydawało, a co później potwierdziłem – jednej ze stacji drogii krzyżowej. Nie przeszkadzaliśmy, więc wybraliśmy drogę na skróty i ruszyliśmy na górę.

Mineliśmy kilka stacji i po kilknuastu minutach (w sumie spacerowym krokiem wejście na szczyt zajmuje do 30 minut) znaleźliśmy się przy bazylice. Autorem konstrukcji kościoła jest portugalski jezuita, budowa zaczęła się w 1925 roku i trwała 10 lat. Długość budynku to 56 m (wschód-zachód), szerokość maksymalna to 25m (północ-południe), wysokość wieży z figurą Matki Boskiej: 38m.

Ludzi niewiele, ot raptem trzy czy cztery kilkuosobowe grupki. Do tego dwie piszczące nastolatki, pstrykające zdjęcie a to przy wejściu do katedry, a to – co słyszę będąc jeszcze na zewnątrz – w środku. Jest i grupka – zapewne rodzina – obcokrajowców, z małym chłopcem, na oko pięcio-sześcioletnim. Blondyn, więc obstawiam, że nie ma łatwego życia w Chinach 😉 Co zaraz się sprawdza, bo Chinki już wskazują małego palcem i komentują, jaki to uroczy. Mam nadzieję, że mały nie zna chińskiego, bo inaczej albo go będzie mdlić po słuchaniu non-stop takich komentarzy, albo popadnie w narcyzm 😉 Inna chińska grupka wpada na pomysł zdjęć z chłopcem. Ten ucieka do środka katedry i chowa się za filarem. Ok – myślę sobie – jeszcze się broni, dobra jego. Jeden z Chińczyków łamanym angielskim zwraca się do – zapewne – mamy chłopca: “Twój syn model!“. Mama kiwa głową, uśmiechając się. Ot, taka scenka, jakich wiele z udziałem obcokrajowców w Chinach 😉

Weszliśmy z Heleną do środka katedry. Pusto, nie licząc kilkunastu zwiedzajacych. Kościół zbudowany na planie krzyża, część tylna kościoła otwarta dla zwiedzających, cześć zaś przednia odgrodzona ławkami, żeby nikomu nie przyszło do głowy paradowanie po ołtarzu. Nad ołtarzem spora rzeźba Maryi z Jezusem, wszak to bazylika. Wystrój kościoła prosty i tylko niebieskie proporce wprowadzają trochę żywszej kolorystyki do surowego wnętrza.

——-

Po zwiedzeniu bazyliki ruszyliśmy w stronę pobliskiego obserwatorium. Okazuje się, że na szczyt prowadzą dwie drogi – jedna, którą my przyszliśmy to trasa dla pieszych. Druga – powstała z myślą o zmotoryzowanych.

Przed bramą na teren obserwatorium robię zdjęcie z tarasu z którego rozpościera się widok na pobliską okolicę:

Wizytę na terenie obserwatorium rozpoczeliśmy od niewielkiego muzeum – biały budynek z raptem kilkoma pomieszczeniami, przesiąknięty stęchlizną. Kilka eksponatów, kilka tablic. Mimo niewielkiej ekspozycji, kilka interesujących przedmiotów – jak chociażby wodny zegar z dynastii Qing (1644-1912):

Po wyjściu obejrzeliśmy zegar słoneczny i zrobiliśmy sobie krótką przerwę przez wejściem do budynku obserwatorium i muzeum astronomicznego w jednym. Obserwatorium założene zostało przez francuską misję katolicką w 1900 roku. Od roku 1962 funkcjonuje jako Szanghajskie Obserwatorium Astronomiczne Chińskiej Akademii Nauk (połączone z powstałym w 1872 Obserwatorium Zi Ka Wei).

W środku budynku na parterze znajduje się muzeum, wraz z niewielką salką – planetarium. Mimo niewielkiej przestrzeni ogląda się całkiem przyjemnie, od razu przypomniały mi się wizyty w planetarium w Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Postaliśmy dłuższą chwilę przysłuchując się prezentacji. Animacja i efekty dzwiękowe choć nie z kina 3D, to jednak całkiem przyjemne.

Piętro wyżej znajduje się właściwe obserwatorium, gdzie oczywiście nie zabrakło teleskopu, a dokładniej: astrografu, czyli teleskopu służącego do robienia zdjęć (z ciekawostek – teleskop ten rejestrował pojawienie się komety Halley’a w w 1910 i w 1986 roku. Kolejnego razu już pewnie nie uchwyci – kometa Halleya będzie znowu widoczna ok. 2061 roku):

Po tych metafizycznych i kosmicznych wrażeniach pozostało nam opuścić wzgórze (tym razem wybraliśmy drogę dla zmotoryzowanych) i powrócić do cywilizacji, czyli na stację metra. Jak na jeden dzień wrażeń całkiem sporo, a co więcej – udało się odpocząć od zgiełku i obowiązków.

Napisal

Od 2005 w Chinach, gdzie mieszkam, pracuję, obserwuję i piszę :-)

Wpis z kategorii: Chiny, Szanghaj · Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

4 komentarze(y) do wpisu: "Sacrum i profanum, czyli Góra Sheshan w Szanghaju"

  1. stas says:

    Miejsce ciekawe- przy następnej wizycie w Szanghaju też się tam wybiorę. Prawda jest, że strażnik strzegący sacrum powinien być traktowany z powagą i szacunkiem- czyli trzeba jednak go słuchać nawet jak się wydaje to dziwne i może rytujące.Przecież nie dziwi w muzeum żydowskim w Krakowie, ze każą założyć na głowę tę dziwną myckę…

  2. Kuba says:

    Na mnie najwieksze wrazenie zrobil spacer, a sama gora pamietam ze tonela w smieciach co mnie skutecznie odraszalo. Moze teraz troche pozsprzatali. Wracajac do spaceru. Jest taka mala waska uliczka nad brzegiem rzeki. Nie ma posiadlosci bogatych chinczykow 🙂 Pamietam ze bylem zdziwiony iloscia grilujacych chinczykow rozlozonych na kocykach. A pole golfowe rzeczywiscie widzialem ale z oddali. Nastepnym razem wybierz ta mala drozke podroz bedzie przyjemiejsza. Pozdrow Helene.

  3. maydox says:

    Stas – zapraszamy 🙂 Zaś co do strażnika – szacunek jak najbardziej, złego słowa nie powiedziałem. Choć podejrzewam, że nam się ‘oberwało’ bo nie dokonaliśmy zakupu świec.

    Kuba – hmm, śmieci brak, Chińczyków grillujących także – może dlatego śmieci brak? 😉 Za pozdrowienia dzięki, przekażę 🙂

  4. Paweł says:

    Planowałem odwiedzić Sheshan i jakoś nigdy się nie zebrałem na wycieczkę. Może przez uparte założenie, że uda mi się to zrobić w tygodniu i do tego na rowerze.
    Czy możesz powiedzieć jaki to był dzień tygodnia? Jeśli to był weekend i tak mało ludzi, może szybciej uda mi się wybrać.
    Dzięki Kuba za cynk o ścieżce!

    pozdrawiam!