Zapiski z Panstwa Srodka | Chiny China Szanghaj Shanghai

Zapiski z Państwa Środka

Szanghaj Tarn.Góry/Kraków

Turystyka, czyli jak to z wycieczkami w Chinach bywa.
Tuesday August 31 2010, 10:33
Dział: Chiny

Niedawno rozmawiałem z chińskim znajomym o wakacjach. Nie jakiś tam konkretnych miejscach czy wyprawach, ale tak ogólnie – o jeżdźeniu na wycieczki z biurami turystycznymi. Kilka ciekawych wniosków.

Wycieczki do Hongkongu. Jak wiadomo, w roku 1997 HK powrócił do Chin. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, żeby Chińczycy z kontynentu wybrali się w końcu zobaczyć tą najbliższą ‘zagranicę’ (poza pieniędzmi i wizą, którą Chińczycy z kontynentu potrzebują, żeby wybrać sie do HK – to taki ciekawostka, że wybierając się tam z Heleną ja jadę bez żadnego przygotowania, zaś Helena musi wystąpić o ‘wizę’).

Swoją drogą, to mieszkańcy HK (głównie zaś handlarze) witają przybyszów z Chin kontynentalnych z otwartymi rękoma – Chińczycy z kontynentu wybierający się na wyspę dokonują zakupów za gigantyczne pieniądze. Sam kiedyś rozmawiałem ze sprzedawcami elektroniki z HK. Ich komentarze były takie – Chińczycy z kontynentu? Najlepsi klienci. Mają pieniędzy w bród, sami chyba nie wiedzą, co z nimi zrobić. Jeśli apart fotograficzny, to najnowszy model. Jeśli kamera – najnowsza, najlepsza, z największą ilością bajerów. Że te wszystkie funkcje i tak im się do nieczego nie przydadzą? I co z tego? Trzeba mieć najnowszy sprzęt. Nie wspomnę już o Paniach zostawiających pieniądze na torebki czy kosmetyki największych firm.

Tak to wyglądało.

I tylko ostatnio coś się zacięło w tym mechanizmie. Niby komentarze pojawiały się od jakiegoś czasu (ja z nimi spotkałem się jakieś cztery miesiące temu), ale dopiero niedawno przelała się czara goryczy.

Oto w rezultacie kłótni z przewodnikiem grupy turystów z kontynentu śmierć w wyniku ataku serca ponosi 65-letni Chen Youming . Nic Wam to nazwisko nie mówi? W Chinach to znana postać, w końcówce zeszłego stulecia był uznanym zawodnikiem, graczem druży narodowej Chin w pingpongu.

Jak zaczęła się kłótnia? Ano wszystko rozeszło się o niewystarczające (zdaniem przewodnika) zakupy w sklepie, do którego przewodnik zaprowadził grupę (pan Chen w ogóle nie miał zamiaru dokonywać zakupów). Jak już zapewne się domyslacie czytelnicy grupa zapewne wiedziała, że ma uważać na to, co i gdzie kupuje. Przewodnik stracił cierpliwość, bo w końcu nie dość, że ma się użerać z grupą ( ;-) ), to jeszcze nie dają mu zarobić na prowizji. Bo przecież nie bierze ich do określonego sklepu bezinteresownie.

Biura podróży też zmagają się z kryzysem. Cisną swoich przewodników, których znaczna większość pracuje za przysłowiowe minimum i cały ich zarobek to właśnie te prowizje.

Jakby tego wszystkiego było mało, biura podróży kombinują jak mogą i gdzie mogą. Ja zawsze powtarzam moim znajomych – nie ma darmowych obiadów – bo czasami próbują mnie przekonywać do super-hiper okazji. Moja reakcja to mina pokerzysty i spokojne: zaraz, zaraz – jeszcze raz: że niby o co chodzi z tą promocją? (wiem, mnie sprzedawcy nie lubią, ale nie o to w końcu chodzi, żeby przepłacać). Wracając do tego kombinowania. Wyobraź sobie – wybierasz się do biura podróż w, dajmy na to, Pekinie. Jesteś studentem, lat 20. Wybierasz wycieczkę. Cena wydaje się ok. Podpisujesz już papiery, gdy nagle się dowiadujesz, że masz dopłacić dajmy na to 1000 rmb (co będzie stanowiś 20% kwoty którą początkowo myślałeś, że zapłacisz). Skąd? Dlaczego? Zaraz na to odpowiem. Wyobraź sobie tymczasem inny obrazek – oto do biura trafia para emerytów, oboje po 60. Wybierają wycieczkę, liczą pieniądze i już chcą decydować się, gdy nagle pracownik biura mówi: “… i jeszcze tutaj będzie dopłata po 800rmb od osoby“. Skąd? Dlaczego?

Dobra. Wyjaśniam. Jak już wiesz czytelniku, biura podróży kombinują jak mogą (bo kryzys, bo duża konkurencja). Cena jest więc często kalkulowana z minimalnym zyskiem dla biura. Biuro myśli sobie bowiem tak – kryzys, duża konkurencja, więc trzeba jakoś klienta przekonać, że to u nas powienien wykupić wycieczkę. Dajemy więc jak najniższą cenę.

Chwila, chwila! – wołasz. Przecież to im się nie opłaci! Gdzie zarobi takie biuro?

Czekaj, czekaj – mówię ja. Biuro swoje zarobi, spokojna głowa. Biura liczą sobie bowiem, że zarobią z prowizji właśnie, z dodatkowych atrakcji (O, nie wspomnieliśmy, że tutaj jest taka atrakcja ale cena nie jest wliczona do wycieczki? No fatalnie, fatalnie, ale to taka atrakcja, że nie możecie jej przepuścić. Pomyślcie o Waszej rodzienie, jak Was zobaczy, czy o Waszych sąsiadach).

Zero zdziwień – biura wychodzą na swoje. Ludzie dają się nabierać na te wszystkie sztuczki i techniki. Dlaczego jednak ten nasz wyimaginowany uczeń, czy emeryt ma na wstępie zapłacić więcej? Otóż biura sobie wszystko policzyły i sprawdziły. I wyszło im, że te właśnie grupy (osoby poniżej pewnego wieku i powyżej) nie spędzają pieniądze na te dodatkowe atrakcje czy zakupy. Na nich się więc biura nie ‘odkują’. Wniosek – trzeba swoje zgarnąć od razu.

Trudno się potem dziwić, że przewodnicy dostają białej gorączki, jak trafiają na takich, co to nie kwapią się do wydawania ciężko zarobionych juanów (yuan=rmb) na kolejne aparaty, kamery, kosmetyki, torebki czy biżuterię.

Może to dlatego wybierając się do Hongkongu robię to na własną rękę – ze znajomością angielskiego i mandaryńskiego (przydałby się może jeszcze kantoński, ale to już dzisiaj nie problem jak się mówi po mandaryńsku), z odrobiną poświęconego czasu na zarezerowanie hotelu i przygotowanie pobytu – jest to zdecydowanie opcja najlepsza. Z nikim się nie użeram, idę gdzie zaplanowałem i kiedy mam na to ochotę.

Już zresztą za jakiś czas zamieszczę na blogu dłuższą notatkę poświęconą Hong Kongowi. Bo choć byłem tam już, to zawsze w interesach i na zwiedzanie jakoś czasu nie było – tym razem mam w planach pobyt dłuższy i czysto rekreacyjny – będą więc moje przemyślenia i zdjęcia z tego wyjątkowego miejsca.


Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Turystyka, czyli jak to z wycieczkami w Chinach bywa.


Jeszcze słowo o EXPO
Saturday July 31 2010, 6:50
Dział: EXPO

Wygląda na to, że czas leci szybciej, niż mi się wydaje :-) Tak oto zanim się obejrzałem, minął ponad miesiąc od czasu ostatniego wpisu. Usprawiedliwienie – to samo, co zawsze. Sporo rzeczy na głowie, sporo latania (dosłownego) i załatwiania.

Do tego pogoda, podczas której nic się nie chce. Bo gorąco, bo wilgotno. Niby po tylu latach już się trochę przyzwyczaiłem, ale siłą rzeczy tak zupełnie nie da się zaaklimatyzować. Jedyna rada – kupowanie arbuzów i pochłanianie ich w odpowiednich ilościach :-)

Z innych rzeczy – w końcu do Chin dotarli moi rodzice. Pogoda daje się we znaki, ale dają radę :-) Przy okazji ich wizyty wybraliśmy się także – a jakże – na EXPO. Zaczeliśmy do polskiego pawilonu. Moja mama po obejrzeniu naszej ekspozycji stwierdziła, że chyba napisze list do Ministra Pawlaka (Ministerstwo Gospodarki). Komplementów tam nie będzie. Odradzam jej, bo szkoda czasu i zachodu.

Mi zaś przy okazji tej wizyty udało się zobaczyć w końcu trójwymiarową historię Polski. Milczeniem pominę fakt, że kilkadziesiąt metrów za ’salką’ kinową wyświetlany był ten sam film (aczkolwiek w 2D), bez żadnego czekania w kolejce. Informacji w rodzaju: “tutaj obejrzysz film w 3D, jeśli zaś nie chcesz czekać, idź dalej, gdzie zobaczysz ten sam film w 2D” przy salce kinowej nie było, ot taki szczegół.

Teraz zaś o animowanej historii Polski. Animacja świetna, natomiast wiem już, o czym wspominali Chińćzycy mówiący, że prezentujemy się jako kraj takich, co to cały czas walczą, tylko za bardzo ci Chińczycy nie wiedzą o co walczymy i z kim. Animowana historia Polski tego nie wyjaśnia. Krótkie scenki, na dole ekranu przesuwające się daty – co z tego ma wynieść Chińczyk? Przykład – bitwa pod Grunwaldem to raptem plus minus 5 sekund. Kamera na Krzyżaków (w Polsce wiemy, że Ci Panowie to Krzyżacy, w Chinach – nie wie tego niemal nikt), kamera na Polaków (i Litwinów – aczkolwiek tego też się Chińczyk nie dowie). Tyle. Lecimy dalej, wszak mamy tylko 8 minut na przedstawienie naszej historii. Kolejny przykład – oto pojawia się Mikołaj Kopernik. Na kilka sekund. Nie ma żadnego napisu, podpisu, komentarza, słowa nawet nie ma (jak w całym filmiku). Chińczycy nie wiedzą kto to, ale już nikogo to nie rusza ani nie interesuje – ot, można sobie obejrzeć animację. Druga wojna światowa, na dole ekranu ‘1939′, w końcu w tłumie Chińczyków słyszę pierwszy, nieśmiały, komentarz-pytanie: “To chyba Druga Wojna Światowa?” To tyle jeśli chodzi o rozpoznawalność przedstawionych obrazów. Innych komentarzy Chińczyków nie ma.

Wypada więc zapytać – kto wpadł na pomysł przedstawienia historii Polski w takiej formie? Ja wiem, że czas ograniczony, że doba mediów elektronicznych i takie tam. Ale powiem szczerze – można było sobie w takiej sytuacji odpuścić ten filmik. Co ma z niego wynieść Chińczyk? Wartość informacyjna – zerowa. Wartość edukacyjna – zerowa. To może i niezły filmik dla nas – Polaków, żeby sobie odświeżyć wiedzę o historii naszego Państwa. Dla innych – szczególnie zaś Azjatów, ot kolejna animacja, ani lepsza ani gorsza od tego, do oglądania czego są przyzwyczajeni.

Na osłodę zaś – kilka ujęć z najwyższego budynku w Szanghaju – Shanghai World Financial Center (492m).


Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Jeszcze słowo o EXPO


Góry chińskie, góry. Jeziora też.
Friday June 18 2010, 1:01
Dział: Chiny

Góry moje, góry, jak moja kobita!
Na złe i na dobre, na złe i na dobre,
moje-ście… i kwita!

/sł. Paweł Orkisz/
—– —– —– —– —–

Poranek zastał nas w autokarze. Czekały nas cztery godziny jazdy, z jednej więc strony wcale nie dużo, z drugiej zaś – to jednak kawałek poza Szanghaj. Odpocząć trzeba, zaś okazja tym lepsza, że w mijającym tygodniu od poniedziałku do środy było w Chinach wolne (to w związku ze Świętem DuanWu – o którym pisałem w zeszłym roku TUTAJ).

Cel wyprawy – jezioro TianMu (天目湖), położone w prowincji Jiangsu. Miejsce znane Chińczykom z trzech rzeczy:

- słodkiej wody z jeziora (jednej z najczystszych w Chinach),
- herbaty przygotowywanej z liści krzewów rosnących w okolicach jeziora (najbardziej znane herbaty to: “Nanshan Shoumei” i “Longtan Qingfeng“)
- miejscowego przysmaku zwanego rybią głową.

————

Pierwszym przystankiem po dotarciu w okolice jeziora było miejsce poświęcone długowieczności, jako że region jeziora TianMu słynie nie tylko z pięknych krajobrazów, ale i z długowiecznych mieszkańców (jest nawet wioska, która szczyci się ponad 100 osób w wieku ponad 100 lat – jeśli wierzyć naszemu przewodnikowi).

Długowieczności jest więc poświecony olbrzymi pomnik (Bóg Długowieczności – Shou Xing).

Być może sekret długowieczności to nie tylko zasługa otoczenia, ale i stosowania się do nauk Konfucjusza? Nieopodal pomnika Boga Długowieczności znajdują się kamienne małpy – które to nawiązują do nauki z “Analekta Konfucjusza“: 非禮勿視, 非禮勿聽,非禮勿言, 非禮勿動 (Nie patrz na to, co nieprzyzwoite, nie słuchaj tego, co nieprzyzwoite, nie mów tego, co nieprzyzwoite)/ funkcjonująca wersja w języku angielskim: “See no evil, hear no evil, speak no evil“) – czyli bycia ponad wszystkim, co ‘ziemskie’.

Kolejny cel – wjazd na ‘pobliski’ szczyt – górę Nanshan. Jazda o tyle unikalna, że kolejką linową (długość trasy to ponad 700m, podczas, gdy różnica wysokości to ponad 300 metrów) ponad czubkami lasu bambusowego. Widok niesamowity. Do tego chińska tradycyjna muzyka wydobywająca się z głośników zamontowanych na kolejnych słupach kolejki. Klimat jednym zdaniem jak z filmu “Przyczajony tygrys, ukryty smok“. Osobom z lękiem wysokości przejażdżka jednak niewskazana – ewentualnie w czapce/kapeluszu zaslaniającym oczy (z takim rozwiązaniem się w trakcie wizyty spotkałem).

Góra Nanshan wyznacza podobno granicę między trzema prowincjami: Jiangsu, Anhui oraz Zhejiang. Na szczycie można – to dla zakochanych – zawiesić kłódkę z imionami kochanków, można i razem uderzyć trzykrotnie w sporych rozmiarów, ważący ponad 2 tony, dzwon. Pierwsze uderzenie – na spokój ducha, drugie – na zdrowie i życie pełne sukcesów, trzecie – na bogactwo i długowieczność.

Droga powrotna ze szczytu – najpierw zjazd kolejką, potem zaś na nogach:

—– —– —– —– —– —–

Nad jezioro wybraliśmy się zaś kolejnego dnia. Jezioro TianMu to olbrzymi akwen: liczy sobie ponad 300 km2. Nazwa – Jezioro o Niebiańskich Oczach – wzięła się sta, że z góry zarys jeziora przypomina parę oczu. Zdjęć samego jeziora niestety nie będzie, z racji na fakt, że w trakcie pobytu nad jeziorem zalegała mgła i widoczność ograniczona była raptem do kilkudziesięciu metrów.

Na jednej z położonych na jeziorze wysp czekała nas niespodzianka – przejażdzka/zjazd na linie na sąsiednią wysepkę. O dziwo najbardziej zapalonymi do tego pomysłu był Szef Heleny oraz Ja. Żeby jednak oddać sprawiedliowość – zjechali wszyscy, w tym także i dziewczyny (Helena dała się nawet szybko przekonać – może dlatego że zabrałem jej klapki?) Wrażenie z jazdy – rewelacja, szkoda tylko, że tak krótko ;-)

Długą chwilę nacieszyliśmy się widokiem jeziora, zwiedziliśmy także największą wyspę na jeziorze.

Po tych wszystkich przygodach udaliśmy się na zasłużony lunch – czekała już na nas sławna zupa z rybiej głowy. Jest to tzw. karp wielkogłowy (po angielsku o rybie TUTAJ) o świetnym smaku, nie za bardzo rybim, gdzie nie czuć mułu – co jest zasługą jeziora Tianmu o piaskowym dnie i czystej, bogatej w minerały wodzie).

Przysmak ten został pierwotnie przygotowany w hotelu Tianmu (przez mistrza kuchni Zhu Shuncai 朱顺才) i szybko zyskał miano wyjątkowego rarytasu. Smak potrawa zawdzięcza wodzie z jeziora oraz mieszance przypraw (które są pilnie przechowywane jako sekret). Kolor i smak przypomina zupę na śmietanie (mleczna barwa zupy),zaś sama ryba – bez posmaku mułu, tłusta, ale nie oleista. Zupa podawana jest w specjalnym sporych rozmiarów naczyniu.

Tak oto tym posiłkiem zakończyliśmy naszą wyprawę – czekał nas jeszcze powrót do Szanghaju, w trakcie którego znaczna cześć autokaru zapadła w sen – zapewne za sprawą skonsumowanego jedzenia.

—– —– —– —–

Czy warto się było wybrać? Jak najbardziej. Nie za dużo ludzi, wiec i możliwość wyciszenia się, do tego rewelacyjne widoki – z zatykajacym dech w piersi widokiem na ocean-las bambusowy. Bez wątpienia jeszcze w to miejsce wrócę.


Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Góry chińskie, góry. Jeziora też.


O EXPO ogólnie – mini przewodnik
Sunday June 06 2010, 2:23
Dział: EXPO

Wejście na teren EXPO zaczyna się od odstania swojego w kolejce. W moim przypadku było to niemal 45 minut. Następnie przejście przez bramkę, obowiązkowa rewizja osobista, do tego prośba o otwarcie podręcznej torby, przejście przez bramki i oto jesteśmy na terenie wystawy.

Tłum ludzi – to pierwsze, co trudno nie zauważyć. Część w różnokolorowych czapeczkach – znak rozpoznawalny chińskich wycieczek. Na czele takiej grupki przewodnik z obowiązkową flagą. Do tego masa turystów indywidualnych – tutaj pełna dowolność w stroju. Gdzieniegdzie widać obcokrajowców.

Ruszamy. Można iść na żywioł i iść jak nogi poniosą, można posłużyć się bezpłatnie rozdawaną mapką wystawy, można w końcu posiłkować się licznie umieszczonymi drogowskazami, tudzież pytać odzianych na zielono wolontariuszy (uczynni, po chińsku rozmawia się świetnie, po angielsku też problemów z dogadaniem się nie będzie).

Pawilony – różniste. Zresztą będzie to widoczne na zdjęciach. Element wspólny dla każdego z nich – obowiązkowa kolejka (choć jest wyjątek – Pawilon Afrykański nie ma kolejki, to olbrzymia hala z prezentacjami kilkudziesięciu krajów afrykańskich, gdzie można wejść bez większych problemów. Przy okazji wiedzieć warto, że ten pawilon został wybudowany przez Chiny. To się nazywa zdybywanie sojuszników i rynków).

Żeby nie męczyć opisami – przedstawiam po prostu zdjęcia wybranych pawilonów. Zaczynamy od pawilonu gospodarzy – Chin:

I szybka zmiana otoczenia – Afryka i wspomniany już pawilon:

Kamerun. Obowiązkowo reprezentacja w piłce nożnej, do tego spora frajda dla dzieci (ok, nie tylko) – wirtualna piłka nożna (konkurs rzutów karnych). Jest i element muzyczny.

Gabon – stoisko wyróżniające się nie tylko całkiem ciekawym wystrojem, ale i schowanym za drzewem obrazem.

—— —— —— —— ——

Teraz zaś niektóre pawilony – w kolejności alfabetycznej:

Algieria, Angola, Arabia Saudyjska, Australia

—— —— —— —— ——

Austria, Chorwacja, Dania, Egipt

—— —— —— —— ——

Estonia, Finlandia, Grecja, Holandia

—— —— —— —— ——

Indie, Indonezja, Irlandia

—— —— —— —— ——

Islandia, Libia, Litwa, Łotwa

—— —— —— —— ——

Malezja, Nepal, Niemcy

—— —— —— —— ——

Norwegia, Nowa Zelandia

—— —— —— —— ——

Rosja, RPA, Rumunia

—— —— —— —— ——

Singapur, Szwecja, Tunezja, Turcja

—— —— —— —— ——

UK, Ukraina

—— —— —— —— ——

Zwiedzanie EXPO to nie tylko pawilony, ale i zaplecze. Jak z tym wygląda? Ano wygląda całkiem dobrze.

Głodni? Nie ma sprawy. I na to jest rozwiązanie z postaci licznych (choć w trakcie chińskich posiłków i tak w ilości niewystarczającej) restuaracji. Do koloru, do wyboru.

Spragnieni? Wystarczy rozglądać się za wózko-lodówkami, gdzie można zakupić coś zimnego do picia. Cena niewygórowana, 5rmb za półlitrową butelkę czegoś chłodnego (na teren EXPO nie można wnosić żadnych płynów, stąd też zdani jesteśmy na kupno napojów na miejscu). Można także skorzystać z darmowych kranów z pitną wodą.

Potrzeba nas goni? Toalet nie brak, więc to problem żaden. Czasami liczyć trzeba się z niewielkimi kolejkami, ale na EXPO czeka się do wszystkiego – czasami więc i do toalety.

Zmęczeni? Liczne ławki, skwerki, trawniki, chodniki – do naszej dyspozycji. Tym bardziej wymęczonym – można nawet się przespać (uwaga tylko na słońce).

Nie chę się już chodzić? Można wtedy skorzystać z elektrycznych meleksów (przyjemność kosztuje – należy wykupić bilet za 10rmb – długość trasy nie powala, więc zdecydowanie polecam człapanie).

Jak więc widać, na terenie EXPO można spędzić cały dzień – nie obawiając się o brak miejsc do zwiedzania (trzeba brać jedynie poprawkę na czasami kilkugodzinne kolejki), do jedzenia i picia, czy też w końcu do spania/odpoczywania.


Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:O EXPO ogólnie – mini przewodnik


Polska uśmiecha się w Szanghaju
Saturday June 05 2010, 2:19
Dział: EXPO

W końcu udało mi się znależć odrobinę czasu na EXPO. Do tej pory w tym całym zabieganiu i nawale obowiązków najzwyczajniej w świecie nie było czasu. Ale że dostałem zaproszenie od pewnej chińskiej firmy do wizyty w polskim pawilonie to z okazji skorzystałem.

Tak więc słów kilka o naszym pawilonie (zaś już jutro słów kilka o innych pawilonach i o tym, czy warto się wybrać).

—– —– —– ——

Polski pawilon.

O kształcie naszego pawilonu mówiło się dużo. Nie tylko w polskich mediach, ale również w chińskich. Za kształt pawilonu plus. Przez długi czas nie tłumaczyło się wprawdzie w kraju, skąd taka popularność tejże konstrukcji, ale w końcu chyba nasi dziennikarze dopytali i zaczęła się pojawiać informacja, że to spora zasługa tego, że wycinanki z papieru Chińczycy uważają także za swoją specjalność.

Plus należy się także chińskiej obsłudze pawilonu – pomocni i uśmiechnięci. To plus drugi.

Plus i za polskie jedzenie. Nie wiem co prawda, czy w restauracji w pawilonie wygląda tak, jak przy okazji spotkania, na którym miałem okazję się znaleźć, ale jest smacznie i w miarę polsko (krokiety były niezłe).

Sama ekspozycja – ma się wrażenie, że jest trochę pustawo. Z drugiej zaś strony nie da się tego uniknąć, bo za bardzo nie ma czasu ani możliwości żeby Chińczykom powiedzieć coś więcej. Tutaj więc bez punktów, bo punkty należałyby się za to, co do tej pory zrobiono jeśli chodzi o promocję Polski, ewentualnie za to, co po EXPO będzie się robić w tym kierunku. Bo jeśli nic się nie będzie robić, albo robić tak, jak do tej pory (czyli bez ładu i składu), to będą to pieniądze wyrzucone w błoto. O promocji Polski zresztą wkrótce pozwolę sobie napisać więcej – i będzie tam zdecydowanie więcej negatywów.


Polski smok w akcji -animowany, komputerowy, mówiący po chińsku i bawiący się razem z odwiedzającymi – oto współczesny smok spod Wawelu

—— ——

Podsumowując – jest dobrze. Miedzy bajki włożyłbym jedynie zapewnienia naszych organizatorów, że robimy jakąś furorę. Ze statystyk i informacji do których mam dostęp wynika, że nie jesteśmy w pierwszej 10 najpopularniejszych pawilonów (a zazwyczaj nikt nie interesuje się tym, co poza tą 10). Argumenty o kilkugodzinnych kolejkach także mnie nie przekonują. Nie podając informacji o przepustowości naszego pawilonu informacja o czasie oczekiwania w kolejce nie stanowi żadnej informacji (to zresztą tyczy się wszystkich pawilonów).


To my – Polacy. Po chińsku witamy gości. Tonacja – przydałoby się nad nią popracować, ale dzięki napisom wiadomo o co chodzi :-)

I jeszcze na koniec słowo o filmie, który podobno (zdaniem krajowych mediów) robił furorę, czyli naszej historii podanej w 8 minutowej pigułce autorstwa Tomasza Bagińskiego. Akurat nie miałem okazji oglądać filmiku, więc nie napiszę o własnych wrażeniach, z drugiej zaś strony – nie byłoby to obiektywne, bo raz, że do animacji pana Bagińskiego mam słabość, dwa – jestem Polakiem i na własną historię spoglądam inaczej, niż osoby nie będące Polakami – a to w końcu dla nich film.


Udana animacja o naszym kraju. Przyjemniej by się oglądało, gdyby było lepsze nagłośnienie.

Tak więc jeśli chodzi o film – nie widać zachwytów zwiedzających. Nie komentuje się filmiku, nie ma zbyt wielu opinii. Te do których dotarłem, wskazywały, że wymowa filmu jest trochę przygnębiająca – oto Polska walcząca non stop. Chyba nie takie były zamierzenia autorów.


Coś na ząb i coś do kupienia – a wszystko nasze, polskie.

Tu także wskazówka dla dziennikarzy polskich – nie wystarczy zapytać kilku Chińczyków wyrwanych z tłumu po seansie, jak oceniają film, czy ogólnie – polski pawilon. Świadczy to tylko o tym, że nie wiedzą nasi dziennikarze, że trudno od Chińczyka (jeśli nie jesteśmy z nim na przyjacielskiej stopie) usłyszeć wprost jakąś negatywną opinię. Chińczyk powie ‘może być’, ‘ujdzie’ – nie powie zaś – ‘nie podobało mi się’. W ten sposób można odnieść wrażenie, że negatywnych opini nie ma – co nie do końca odpowiadać będzie prawdzie.


Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Polska uśmiecha się w Szanghaju


Jak wylądowałem w Moskwie
Wednesday May 26 2010, 4:08
Dział: Chiny

W Moskwie wylądowałem późnym popołudniem. Pogoda świetna, gorąco, ale przyjemnie (zasługa suchego powietrza) – miła odmiana po Szanghaju.

Powód przybycia do Moskwy był jeden – coś do zjedzenia. Miałem się spotkać ze znajomym, inicjatywa po jego stronie, więc szybko zadecydował: Polskiego nic nie znajdziemy, ale niech będzie rosyjskie. Nic bliższego nie znajdziesz – zaśmiał się jeszcze, potwierdzając adres. Ok – więc Moskwa.

Trafiłem trochę po 17 do wskazanej restuaracji. Lokal interesujący – wizualnie jak z pamiętnych czasów. Warto wiedzieć, że początki restauracji sięgają roku 1954.

Rzut okiem w kartę i już wiem, co muszę spróbować .

Na pierwszy ogień znajomo brzmiące (Polskie), choć nie do końca (salami). Wersja angielska – Hard sausage. Niestety okazuje się, że dzisiaj nie ma w menu. Szkoda. Trzeba obejść się ze smakiem.

Pocieszenie przychodzi w kiszonych ogórkach, które nazwano pewnie dla niepoznaki – Self-control sour cucumber, russian style (trochę się obawiam, co będzie, jak się ogórek nie będzie kontrolował, ale ryzykuję – w końcu raz się żyje).

Do tego danie na widok nazwy którego zaśmiewam się pod nosem. Ktoś ma czarne poczucie humoru, bo zapewne nie tak wyglądały ‘uczty’ w kołchozach (Kolhoz Feast): wieprzowina na talarkach ziemniaczanych z cebulką. Do tego dokładam deser z akcentem chińskim.

Do picia? Mocne trunki odpadają, z racji na kilka wciąż czekających mnie spotkań – ale uwagę moją przykuwa … kwas chlebowy. Nie odmawiam sobie słusznych rozmiarów szklanicy tego trunku.

Czego chcieć więcej? Jakaś muzyka może? I to da się załatwić – w całkiem przyjemnym wykonaniu:

—–

Po dwóch godzinach kończymy ucztę. Trzeba uciekać, jutro rano spotkanie w Pekinie. Na całe szczeście ‘Moskwa’ blisko centrum Pekinu, więc nie będzie źle.


Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Jak wylądowałem w Moskwie