Turystyka, czyli jak to z wycieczkami w Chinach bywa.
Tuesday August 31 2010, 10:33
Dział:
Chiny
Niedawno rozmawiałem z chińskim znajomym o wakacjach. Nie jakiś tam konkretnych miejscach czy wyprawach, ale tak ogólnie – o jeżdźeniu na wycieczki z biurami turystycznymi. Kilka ciekawych wniosków.
Wycieczki do Hongkongu. Jak wiadomo, w roku 1997 HK powrócił do Chin. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, żeby Chińczycy z kontynentu wybrali się w końcu zobaczyć tą najbliższą ‘zagranicę’ (poza pieniędzmi i wizą, którą Chińczycy z kontynentu potrzebują, żeby wybrać sie do HK – to taki ciekawostka, że wybierając się tam z Heleną ja jadę bez żadnego przygotowania, zaś Helena musi wystąpić o ‘wizę’).
Swoją drogą, to mieszkańcy HK (głównie zaś handlarze) witają przybyszów z Chin kontynentalnych z otwartymi rękoma – Chińczycy z kontynentu wybierający się na wyspę dokonują zakupów za gigantyczne pieniądze. Sam kiedyś rozmawiałem ze sprzedawcami elektroniki z HK. Ich komentarze były takie – Chińczycy z kontynentu? Najlepsi klienci. Mają pieniędzy w bród, sami chyba nie wiedzą, co z nimi zrobić. Jeśli apart fotograficzny, to najnowszy model. Jeśli kamera – najnowsza, najlepsza, z największą ilością bajerów. Że te wszystkie funkcje i tak im się do nieczego nie przydadzą? I co z tego? Trzeba mieć najnowszy sprzęt. Nie wspomnę już o Paniach zostawiających pieniądze na torebki czy kosmetyki największych firm.
Tak to wyglądało.
I tylko ostatnio coś się zacięło w tym mechanizmie. Niby komentarze pojawiały się od jakiegoś czasu (ja z nimi spotkałem się jakieś cztery miesiące temu), ale dopiero niedawno przelała się czara goryczy.
Oto w rezultacie kłótni z przewodnikiem grupy turystów z kontynentu śmierć w wyniku ataku serca ponosi 65-letni Chen Youming . Nic Wam to nazwisko nie mówi? W Chinach to znana postać, w końcówce zeszłego stulecia był uznanym zawodnikiem, graczem druży narodowej Chin w pingpongu.
Jak zaczęła się kłótnia? Ano wszystko rozeszło się o niewystarczające (zdaniem przewodnika) zakupy w sklepie, do którego przewodnik zaprowadził grupę (pan Chen w ogóle nie miał zamiaru dokonywać zakupów). Jak już zapewne się domyslacie czytelnicy grupa zapewne wiedziała, że ma uważać na to, co i gdzie kupuje. Przewodnik stracił cierpliwość, bo w końcu nie dość, że ma się użerać z grupą (
), to jeszcze nie dają mu zarobić na prowizji. Bo przecież nie bierze ich do określonego sklepu bezinteresownie.
Biura podróży też zmagają się z kryzysem. Cisną swoich przewodników, których znaczna większość pracuje za przysłowiowe minimum i cały ich zarobek to właśnie te prowizje.
Jakby tego wszystkiego było mało, biura podróży kombinują jak mogą i gdzie mogą. Ja zawsze powtarzam moim znajomych – nie ma darmowych obiadów – bo czasami próbują mnie przekonywać do super-hiper okazji. Moja reakcja to mina pokerzysty i spokojne: zaraz, zaraz – jeszcze raz: że niby o co chodzi z tą promocją? (wiem, mnie sprzedawcy nie lubią, ale nie o to w końcu chodzi, żeby przepłacać). Wracając do tego kombinowania. Wyobraź sobie – wybierasz się do biura podróż w, dajmy na to, Pekinie. Jesteś studentem, lat 20. Wybierasz wycieczkę. Cena wydaje się ok. Podpisujesz już papiery, gdy nagle się dowiadujesz, że masz dopłacić dajmy na to 1000 rmb (co będzie stanowiś 20% kwoty którą początkowo myślałeś, że zapłacisz). Skąd? Dlaczego? Zaraz na to odpowiem. Wyobraź sobie tymczasem inny obrazek – oto do biura trafia para emerytów, oboje po 60. Wybierają wycieczkę, liczą pieniądze i już chcą decydować się, gdy nagle pracownik biura mówi: “… i jeszcze tutaj będzie dopłata po 800rmb od osoby“. Skąd? Dlaczego?
Dobra. Wyjaśniam. Jak już wiesz czytelniku, biura podróży kombinują jak mogą (bo kryzys, bo duża konkurencja). Cena jest więc często kalkulowana z minimalnym zyskiem dla biura. Biuro myśli sobie bowiem tak – kryzys, duża konkurencja, więc trzeba jakoś klienta przekonać, że to u nas powienien wykupić wycieczkę. Dajemy więc jak najniższą cenę.
Chwila, chwila! – wołasz. Przecież to im się nie opłaci! Gdzie zarobi takie biuro?
Czekaj, czekaj – mówię ja. Biuro swoje zarobi, spokojna głowa. Biura liczą sobie bowiem, że zarobią z prowizji właśnie, z dodatkowych atrakcji (O, nie wspomnieliśmy, że tutaj jest taka atrakcja ale cena nie jest wliczona do wycieczki? No fatalnie, fatalnie, ale to taka atrakcja, że nie możecie jej przepuścić. Pomyślcie o Waszej rodzienie, jak Was zobaczy, czy o Waszych sąsiadach).
Zero zdziwień – biura wychodzą na swoje. Ludzie dają się nabierać na te wszystkie sztuczki i techniki. Dlaczego jednak ten nasz wyimaginowany uczeń, czy emeryt ma na wstępie zapłacić więcej? Otóż biura sobie wszystko policzyły i sprawdziły. I wyszło im, że te właśnie grupy (osoby poniżej pewnego wieku i powyżej) nie spędzają pieniądze na te dodatkowe atrakcje czy zakupy. Na nich się więc biura nie ‘odkują’. Wniosek – trzeba swoje zgarnąć od razu.
Trudno się potem dziwić, że przewodnicy dostają białej gorączki, jak trafiają na takich, co to nie kwapią się do wydawania ciężko zarobionych juanów (yuan=rmb) na kolejne aparaty, kamery, kosmetyki, torebki czy biżuterię.
Może to dlatego wybierając się do Hongkongu robię to na własną rękę – ze znajomością angielskiego i mandaryńskiego (przydałby się może jeszcze kantoński, ale to już dzisiaj nie problem jak się mówi po mandaryńsku), z odrobiną poświęconego czasu na zarezerowanie hotelu i przygotowanie pobytu – jest to zdecydowanie opcja najlepsza. Z nikim się nie użeram, idę gdzie zaplanowałem i kiedy mam na to ochotę.
Już zresztą za jakiś czas zamieszczę na blogu dłuższą notatkę poświęconą Hong Kongowi. Bo choć byłem tam już, to zawsze w interesach i na zwiedzanie jakoś czasu nie było – tym razem mam w planach pobyt dłuższy i czysto rekreacyjny – będą więc moje przemyślenia i zdjęcia z tego wyjątkowego miejsca.
Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Turystyka, czyli jak to z wycieczkami w Chinach bywa.
Góry chińskie, góry. Jeziora też.
Friday June 18 2010, 1:01
Dział:
Chiny
Góry moje, góry, jak moja kobita!
Na złe i na dobre, na złe i na dobre,
moje-ście… i kwita!
/sł. Paweł Orkisz/
—– —– —– —– —–
Poranek zastał nas w autokarze. Czekały nas cztery godziny jazdy, z jednej więc strony wcale nie dużo, z drugiej zaś – to jednak kawałek poza Szanghaj. Odpocząć trzeba, zaś okazja tym lepsza, że w mijającym tygodniu od poniedziałku do środy było w Chinach wolne (to w związku ze Świętem DuanWu – o którym pisałem w zeszłym roku TUTAJ).
Cel wyprawy – jezioro TianMu (天目湖), położone w prowincji Jiangsu. Miejsce znane Chińczykom z trzech rzeczy:
- słodkiej wody z jeziora (jednej z najczystszych w Chinach),
- herbaty przygotowywanej z liści krzewów rosnących w okolicach jeziora (najbardziej znane herbaty to: “Nanshan Shoumei” i “Longtan Qingfeng“)
- miejscowego przysmaku zwanego rybią głową.
————
Pierwszym przystankiem po dotarciu w okolice jeziora było miejsce poświęcone długowieczności, jako że region jeziora TianMu słynie nie tylko z pięknych krajobrazów, ale i z długowiecznych mieszkańców (jest nawet wioska, która szczyci się ponad 100 osób w wieku ponad 100 lat – jeśli wierzyć naszemu przewodnikowi).
Długowieczności jest więc poświecony olbrzymi pomnik (Bóg Długowieczności – Shou Xing).

Być może sekret długowieczności to nie tylko zasługa otoczenia, ale i stosowania się do nauk Konfucjusza? Nieopodal pomnika Boga Długowieczności znajdują się kamienne małpy – które to nawiązują do nauki z “Analekta Konfucjusza“: 非禮勿視, 非禮勿聽,非禮勿言, 非禮勿動 (Nie patrz na to, co nieprzyzwoite, nie słuchaj tego, co nieprzyzwoite, nie mów tego, co nieprzyzwoite)/ funkcjonująca wersja w języku angielskim: “See no evil, hear no evil, speak no evil“) – czyli bycia ponad wszystkim, co ‘ziemskie’.

Kolejny cel – wjazd na ‘pobliski’ szczyt – górę Nanshan. Jazda o tyle unikalna, że kolejką linową (długość trasy to ponad 700m, podczas, gdy różnica wysokości to ponad 300 metrów) ponad czubkami lasu bambusowego. Widok niesamowity. Do tego chińska tradycyjna muzyka wydobywająca się z głośników zamontowanych na kolejnych słupach kolejki. Klimat jednym zdaniem jak z filmu “Przyczajony tygrys, ukryty smok“. Osobom z lękiem wysokości przejażdżka jednak niewskazana – ewentualnie w czapce/kapeluszu zaslaniającym oczy (z takim rozwiązaniem się w trakcie wizyty spotkałem).


Góra Nanshan wyznacza podobno granicę między trzema prowincjami: Jiangsu, Anhui oraz Zhejiang. Na szczycie można – to dla zakochanych – zawiesić kłódkę z imionami kochanków, można i razem uderzyć trzykrotnie w sporych rozmiarów, ważący ponad 2 tony, dzwon. Pierwsze uderzenie – na spokój ducha, drugie – na zdrowie i życie pełne sukcesów, trzecie – na bogactwo i długowieczność.


Droga powrotna ze szczytu – najpierw zjazd kolejką, potem zaś na nogach:

—– —– —– —– —– —–
Nad jezioro wybraliśmy się zaś kolejnego dnia. Jezioro TianMu to olbrzymi akwen: liczy sobie ponad 300 km2. Nazwa – Jezioro o Niebiańskich Oczach – wzięła się sta, że z góry zarys jeziora przypomina parę oczu. Zdjęć samego jeziora niestety nie będzie, z racji na fakt, że w trakcie pobytu nad jeziorem zalegała mgła i widoczność ograniczona była raptem do kilkudziesięciu metrów.
Na jednej z położonych na jeziorze wysp czekała nas niespodzianka – przejażdzka/zjazd na linie na sąsiednią wysepkę. O dziwo najbardziej zapalonymi do tego pomysłu był Szef Heleny oraz Ja. Żeby jednak oddać sprawiedliowość – zjechali wszyscy, w tym także i dziewczyny (Helena dała się nawet szybko przekonać – może dlatego że zabrałem jej klapki?) Wrażenie z jazdy – rewelacja, szkoda tylko, że tak krótko

Długą chwilę nacieszyliśmy się widokiem jeziora, zwiedziliśmy także największą wyspę na jeziorze.

Po tych wszystkich przygodach udaliśmy się na zasłużony lunch – czekała już na nas sławna zupa z rybiej głowy. Jest to tzw. karp wielkogłowy (po angielsku o rybie TUTAJ) o świetnym smaku, nie za bardzo rybim, gdzie nie czuć mułu – co jest zasługą jeziora Tianmu o piaskowym dnie i czystej, bogatej w minerały wodzie).
Przysmak ten został pierwotnie przygotowany w hotelu Tianmu (przez mistrza kuchni Zhu Shuncai 朱顺才) i szybko zyskał miano wyjątkowego rarytasu. Smak potrawa zawdzięcza wodzie z jeziora oraz mieszance przypraw (które są pilnie przechowywane jako sekret). Kolor i smak przypomina zupę na śmietanie (mleczna barwa zupy),zaś sama ryba – bez posmaku mułu, tłusta, ale nie oleista. Zupa podawana jest w specjalnym sporych rozmiarów naczyniu.

Tak oto tym posiłkiem zakończyliśmy naszą wyprawę – czekał nas jeszcze powrót do Szanghaju, w trakcie którego znaczna cześć autokaru zapadła w sen – zapewne za sprawą skonsumowanego jedzenia.
—– —– —– —–
Czy warto się było wybrać? Jak najbardziej. Nie za dużo ludzi, wiec i możliwość wyciszenia się, do tego rewelacyjne widoki – z zatykajacym dech w piersi widokiem na ocean-las bambusowy. Bez wątpienia jeszcze w to miejsce wrócę.
Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Góry chińskie, góry. Jeziora też.
Jak wylądowałem w Moskwie
Wednesday May 26 2010, 4:08
Dział:
Chiny
W Moskwie wylądowałem późnym popołudniem. Pogoda świetna, gorąco, ale przyjemnie (zasługa suchego powietrza) – miła odmiana po Szanghaju.
Powód przybycia do Moskwy był jeden – coś do zjedzenia. Miałem się spotkać ze znajomym, inicjatywa po jego stronie, więc szybko zadecydował: Polskiego nic nie znajdziemy, ale niech będzie rosyjskie. Nic bliższego nie znajdziesz – zaśmiał się jeszcze, potwierdzając adres. Ok – więc Moskwa.
Trafiłem trochę po 17 do wskazanej restuaracji. Lokal interesujący – wizualnie jak z pamiętnych czasów. Warto wiedzieć, że początki restauracji sięgają roku 1954.


Rzut okiem w kartę i już wiem, co muszę spróbować .
Na pierwszy ogień znajomo brzmiące (Polskie), choć nie do końca (salami). Wersja angielska – Hard sausage. Niestety okazuje się, że dzisiaj nie ma w menu. Szkoda. Trzeba obejść się ze smakiem.
Pocieszenie przychodzi w kiszonych ogórkach, które nazwano pewnie dla niepoznaki – Self-control sour cucumber, russian style (trochę się obawiam, co będzie, jak się ogórek nie będzie kontrolował, ale ryzykuję – w końcu raz się żyje).

Do tego danie na widok nazwy którego zaśmiewam się pod nosem. Ktoś ma czarne poczucie humoru, bo zapewne nie tak wyglądały ‘uczty’ w kołchozach (Kolhoz Feast): wieprzowina na talarkach ziemniaczanych z cebulką. Do tego dokładam deser z akcentem chińskim.

Do picia? Mocne trunki odpadają, z racji na kilka wciąż czekających mnie spotkań – ale uwagę moją przykuwa … kwas chlebowy. Nie odmawiam sobie słusznych rozmiarów szklanicy tego trunku.
Czego chcieć więcej? Jakaś muzyka może? I to da się załatwić – w całkiem przyjemnym wykonaniu:

—–
Po dwóch godzinach kończymy ucztę. Trzeba uciekać, jutro rano spotkanie w Pekinie. Na całe szczeście ‘Moskwa’ blisko centrum Pekinu, więc nie będzie źle.
Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Jak wylądowałem w Moskwie
Chiny o naszej tragedii
Monday April 12 2010, 1:43
Dział:
Chiny
Było po 16, w Szanghaju pogoda tego popołudnia była nie dość że deszczowa, to na dodatek było parno. Miałem wychodzić z domu, gdy zobaczyłem nagłówki wiadomości ściągniętych na telefon. Pierwsza myśl – nie, to jakiś ponury żart. Ale w miarę, jak otwierałem kolejne wiadomości, zaczynało do mnie docierać, że to wcale nie żart, ale tragiczna rzeczywistość.
Wiadomość o wypadku dotarła do Chin szybko – jeszcze tego samego dnia, po potwierdzeniu doniesień agencyjnych, Prezydent Chin Hu Jintao wystosował na ręce Marszałka Sejmu depeszę z kondolencjami. Tego samego wieczoru premier Chin Wen Jiabao wysłał telegram do Premiera Donalda Tuska, zaś minister spraw zagranicznych Yang Jiechi – do ministra Radosława Sikorskiego (wiadomość za komunikatem chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych).
To właśnie chińskie wiadomości, wraz z polskimi portalami internetowaymi były dla mnie źródłem informacji. Nie ukrywam, że Chińczycy zaskoczyli mnie rzeczowością i szybkością podawania kolejnych wiadomości. W feralną sobotę już o godzinie 15.37 chińska agencja Xinhua doniosła o wypadku polskiego samolotu prezydenckiego, o tej samej godzinie wiadomości telewizyjne na kanale CCTV News podały informację o wypadku.
Śledziłem na bieżąco stronę sina.com.cn – jeden z największych chińskich serwisów internetowych. Szybko pojawiła się osobna strona poświęcona tragedii – to skany tej strony zamieściłem we wcześniejszym wpisie:



Specjalny serwis poświęcony tragedii pojawił się na stronie agencji Xinhua:

Czytałem także komentarze Chińczyków. Przeważają te z kondolencjami, z wyrazami współczucia, ale pojawiają się też pytania, dlaczego nasze władze używały tak starej konstrukcji (mimo, iż sam samolot zbudowany w latach 90, to konstrukcja z lat 60). W Chinach te samoloty zostały wycofane z użycia 7 lat temu! (informacja za tą stroną). Dla części Chińczyków jest to niezrozumiałe i rodzi pytanie: czy Polska jest tak biednym krajem, że lata takimi maszynami?
Na jednej z większych stron z torrentami pojawił się ponownie wśród rekomendowanych pozycji “Katyń” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Jako film polecany rekomenduje go już ponad 670 internautów, zaś ponad 136 tysięcy osób obejrzało stronę z linkiem do filmu (na poniższym screenie, który zrobiłem rano – jest 117 tysięcy osób).

Od chińskich znajomych dostałem wiadomości z wyrazami sympatii. Jak na ironię, pierwszą osobą która przysłała mi wiadomość był Pan Zhang – mój przewodnik po muzeum lotnictwa w Pekinie, gdzie miałem okazję udać się w zeszłym miesiącu…
Nie mogę także pominąć pewnych komentarzy, które pojawiły się wśród Chińczyków, a które dotyczą Tu-154. Kiedyś już wspominałem w moich wpisach zamiłowanie wśród Chińczyków do liczb i dzielenia ich na bardziej i mniej szczęśliwe – nie sposób nie dostrzec, że model samolotu Tupolev-154, po chińsku 一五四 wymawia się “yao wu si”, jest niemal identyczny w zapisie fonetycznym pinyin z 要我死 “yao wo si” (oba zapisy różne się oczywiście tonami, tym niemniej wymowa jest podobna), co można przetłumaczyć jako “(Ty) chcesz mojej śmierci”. Jakkolwiek to nie przyczyna tej tragedii, to jednak ta liczba nie ma w Chinach pozytywnych skojarzeń.
Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Chiny o naszej tragedii
Latający “Lenin” i inne cuda w Pekinie
Friday March 19 2010, 3:28
Dział:
Chiny
Pekin przywitał mnie kilkoma kreskami ponad granicznym zerem, do tego słońcem w pełnej okazałości i wolną taksówką na podjeździe, tuż przy wyjściu z hali przylotów. Wsiedliśmy do samochodu z moim współtowarzyszem Panem Zhangiem, kierowca przywitał nas szerokim uśmiechem i pytaniem “Qu NaRRR?” (Qu na? – aczkolwiek mieszkańcy Pekinu uwielbiają dodawać gdzie tylko można ‘r’). Muzeum Lotnictwa – rzucił Pan Zhang. Muzeum Lotnictwa-r? – zdumiał się kierowca – a gdzie to muzeum?
Po kilku dobrych chwilach tłumaczeń Pana Zhanga i moim tłumionym śmiechu z powodu wszystkich pytań naszego taksówkarza i uroczego ‘r’ na końcu niemal co drugiego wyrazu, w końcu ruszyliśmy. Na azymut. Znaczy się wiemy mniej więcej jak jechać, ale i tak będziemy pytać o drogę. Ok, mi to tam odpowiada. Tak czy inaczej siedzę z tyłu cicho, bo dla mnie to pierwsza wycieczka do tegoż muzeum. Pomysł Pana Zhanga, więc i jego zmartwienie, żebyśmy tam dojechali.
Po niecałej godzinie i kilku przystankach w celu zapytania o dalszą drogę w końcu dojeżdzamy. Muzeum na obrzeżach miasta (tak mi się wydaje – okolica w niczym nie przypominająca stolicy z widokówek i telewizji). Olbrzymi (o czym przekonam się dopiero za jakieś trzy godziny) obiekt położony niemal w szczerym polu, z dwóch stron osłonięty wzgórzem. Na grzbiecie wzgórza – olbrzymie radary, choć sprawiają wrażenie niedziałających.
Dojeżdzamy do bramy i czeka nas pierwsza niespodzianka. Dzisiaj wstęp na teren muzeum bezpłatny. Dobra nasza, cieszy się Pan Zhang. A oto i druga niespodzianka. Nasz kierowca dochodzi do wniosku, że poczeka na nas. Może sam się wybierze zobaczyć muzeum, bo w końcu darmo to czemu nie skorzystać? Umawiamy się więc, że nie dłużej jak za trzy-cztery godziny spotkamy się na parkingu przez bramą. Nie czekamy na kierowcę, z Panem Zhangiem przechodzimy przez bramę. Lekkie zdziwienie obługi na widok białej twarzy, ale od razu się uśmiechają słysząc mnie rozmawiającego z Panem Zhangiem po chińsku. Pewnie myślą – Biały, ale swój
Zanim zaczniemy zwiedzanie (ja zwiedzanie – zaś Pan Zhang kolejny obchód – jako że jest gościem muzeum średnio raz w roku) obowiązkowy lunch. Godzina już ku temu słuszna, jedenasta trzydziesci niemal jak w pysk strzelił. Już się przyzwyczaiłem do tej regularności posiłków i nie protestuję – wiem, że jak się nie zje o tej ustalonej porze, to potem może nie być miejsca do zamówienia czegoś do jedzenia (dotyczy to mniejszych miejsc – poza godzinami luchu/obiadu nie dostanie się zbyt wiele, w końcu to nie centrum Szanghaju, gdzie ‘barbarzyńcy Biali’ przyzwyczaili, że nie ważne kiedy się je, bo w końcu głód Białego reguł się nie trzyma).
Restauracja w rodzaju tych stołówkowych, w środku jak zwykle w takich miejscach budzę zainteresowanie – może to moja kurtka wyglądająca niemal jak wdzianko pilota? Dostajemy szklanki z wrzątkiem (ale chłodnym
), wymieniamy się z Panem Zhangiem lekarstwami (obaj się przeziębiliśmy), czym wzbudzamy wesołość sąsiedniego stolika. Chyba bardziej nawet tym, że to ja proponuję Panu Zhangowi moje lekarstwa i tłumaczę mu wyższość mojego antybiotyku nad jego ziółkami. W końcu więc Pan Zhang dostaje dwie piguły ode mnie, ja zaś otrzymuję saszetkę naturalnego lekarstwa. Jeszcze tylko odrobina jedzenia i jesteśmy gotowi na zwiedzanie.
—– —– —– —– —–
Uwaga – nie jestem ekspertem lotnictwa, mam po prostu to szczęście, że znam Pana Zhanga, który nie dość że jest pasjonatem samolotów, to jeszcze ma licencję pilota i w malutkim hangarze/garażu koło swojej fabryki trzyma własnego CJ-6:

( więcej informacji o samolocie po angielsku: TUTAJ )
Proszę więc do informacji podawanych tutaj podchodzić z dozą ostrożności. Przedstawione tutaj samoloty to raptem ułamek wszystkich zgromadzonych na terenie muzeum maszyn.
—– —– —– —– —–
Trafiamy najpierw do olbrzymiej hali z główną ekspozycją. Historia lotnictwa ChRL. Nie będę ukrywał, że bardziej niż wszechobecne plansze interesują mnie samoloty. Cóż – pewnie każdy chłopak tak ma
Szczególnie w takim miejscu.
Na początek – tablica zapoznawcza – czyli jak to z tymi samolotami jest.

—– —– —– —– —–
Zaczynamy od Jian-10, naddźwiękowego myśliwca wielozadaniowego, bazującego na izraelskim Lavi (który zaś bazował na amerykańskim F16):

( więcej informacji po polsku: TUTAJ )
Jeszcze rzut okiem na silniki (chiński FWS10 – kopia silnika produkcji rosyjskiej), na zdjęciach oba silniki:

I wracamy do samolotów: japoński samolot szkoleniowy Tachikawa Ki-55, który w roku 1945 dostał sie w ręce Chińczyków i służył w Chinach do roku 1953.

( więcej informacji po angielsku: TUTAJ )
Kolejny okaz, któremu zrobiłem zdjęcie to Mustang P-51, amerykański jednosilnikowy myśliwiec okresu II wojny światowej zaprojektowany na zlecenie RAF-u. Warto wiedzieć, że stworzony przez fabrykę Forda znany Ford Mustang swoja nazwę zawdzięcza właśnie temu samolotowi, który cieszył się uznaniem jak widać nie tylko w kręgu miłośników samolotów.

( więcej informacji po polsku: TUTAJ )
Tak oto zeszła nam ponad godzina na pierwszą ekspozycję. Wychodzimy na zewnątrz. Czyżby to tyle? – myślę sobie, ale Zhang szybko rozwiewa moje wątpliwości – idziemy na kolejną ekspozycję. Tym razem – rozwój lotnictwa cywilnego. Jeszcze tylko rzut okiem na ekspozycję na zewnątrz i zdjęcie pewnego samolotu, który dla Chińczyków ma szczególne znaczenie: Shenyang J-5 (eksportowany pod nazwą F-5), kopia rosyjskiego Mikoyan-Gurevich MiG-17

( więcej informacji po angielsku: TUTAJ , widoczne na drugim zdjęciu kolejne generacje Shenyang J )
Po chwili znajdujemy się na w kolejnej hali. Onieśmielone widokiem bladej twarzy bileterki wręczają mi bilet. Ruszamy z Zhangiem w głąb hali.
Zaczynamy zwiedzanie od hali poświęconej cichym (hmm, może nie do końca) bohaterom. Bo jak każdy wie, za każdym samolotem stoi…silnik. Zhang pstryka zdjęcie za zdjęciem, ja zaś skupiam się na lekturze tablic informacyjnych.

(jeśli kogoś interesują szczegóły: kolejno od lewej strony: WP5B, TV2-117A, D-20P, WJ6)
Żeby nie zamęczyć silnikami, dajmy im spokój. Udajmy się do kolejnej hali – olbrzymiego hangaru.
Na pierwszy ogień – unikat O2U Corsair, który to samolot należący do Kuomintangu 28 lutego 1930 roku trafił w ręcę Armii Czerwonej. Jak trafił – ano skończyło sie paliwo (inna wersja – z powodu gęstej mgły), samolot musiał lądować i tak oto został przejęty przez czerwonoarmistów. Został przemalowany, otrzymał obowiązkową czerwoną gwiazdę i nazwę “Lenin” – był to pierwszy samolot w rękach chińskiej Armii Czerwonej.

( więcej informacji po angielsku: TUTAJ )
Samolot wielozadaniowy Antonov An-2 (znany bardzo dobrze w Polsce), w Chinach produkowany pod nazwą Y-5. Z tego samolotu w roku 1976 zostały rozsypane prochy premiera Zhou Enlai’a.

( więcej informacji po polsku: TUTAJ )
Ołówek, czyli MiG-21, kolejny rosyjski samolot myśliwski

( więcej informacji po polsku: TUTAJ )
Uważany za najlżejszy myśliwiec świata – J-12 (Jianjiji-12), nie wszedł jednak nigdy do produkcji – wyprodukowano jedynie (lata 70 ubiegłego stulecia) 6 prototypów:

( więcej informacji po angielsku: TUTAJ )
( lub też: TUTAJ )
I jeszcze śmigłowiec szturmowy Hughes AH-64 Apache:

( więcej informacji po polsku: TUTAJ )
—– —– —– —–
Tak oto na tą ekspozycję zeszły nam 2 godziny z okładem. Jeszcze szybki rzut okiem na uzbrojenie, a dokładniej rzecz biorąc na bomby (od najmniejszej, aż do 3 tonowych słusznych rozmiarów ‘bombek’) i ruszamy w teren. Radary? Są! Działa przeciwlotnicze? Są!
Zmęczeni tą ‘inspekcją’ docieramy na parking. Z oddali już dostrzegam ‘naszą’ taksówkę i przyznam się szczerze, że jestem tym faktem zaskoczony. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w Szanghaju, że taksówkarz miałby na mnie gdzieś poczekać – bagatela – 4 godziny. I jak tu nie lubić mieszkańców Pekinu?
Zadowoleni i zmęczeni pakujemy się do samochodu i ruszamy w stronę centrum. Na zegarze niemal 16, zanim więc dotrzemy do hotelu i dojdziemy do siebie po tej wycieczce, będzie akurat około 18 i czas najwyższy na jakiś obiad. Nasz taksówkarz wdaje się z Zhangiem w dyskusję o amerykańskich F16, temat zbacza na kraje, które przyjmują ‘za darmo’ te maszyny i dają się wrobić w kupowanie części zamiennych, ja zaś w tym momencie udaję, że mnie tutaj nie ma i zapadam w drzemkę…
——————–
Dla chcących wiedzieć więcej:
China Aviation Museum (uwaga – strona tylko w języku chińskim)
Polecam także artykuł o lotnictwie chińskim w języku polskim , jak również stronę w języku angielskim.
Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Latający “Lenin” i inne cuda w Pekinie
Życzenia z okazji Chińskiego Nowego Roku!
Friday February 12 2010, 11:21
Dział:
Chiny
To już jutro (ostatni dzień roku) i pojutrze (pierwszy dzień Nowego Roku) – Chińczycy obchodzić będę kolejny Chiński Nowy Rok. Jak już zapewne mieliście Czytelnicy okazję gdzieś uslyszeć (a jeśli nie – to za chwilę się dowiecie) rok 2010 będzie rokiem Tygrysa.
Czy będzie to rok dynamiczny? Chińczycy w to wierzą. Zresztą co roku powtarza się te same życzenia. Nie ma narzekań, nie ma gdybania – jest wiara w to, że nowy rok przyniesie dobre rzeczy.
Tego też z tejże okazji życzmy (Helena i Ja) Wam drodzy Goście. Niech ten Nowy Rok przyniesie Wam spełnienie marzeń, rozwiązanie problemów i zadowolenie z każdego kolejnego dnia.
I pamiętajcie – grunt to myśleć pozytywnie!
Jako zaś element graficzny, swoistą kartkę noworoczną dla Was – zdjęcie, które zrobiłem kilka dni temu w jednym ze sklepów. Niech ta dekoracja przypomina Wam o roku Tygrysa

Jeśli podoba Ci się ten wpis, uważasz go za ciekawy - 'zalinkuj' do niego.
Jak to zrobić? To proste - przekopiuj poniższy kod (CTRL+C) a następnie wklej go (CTRL+V) na swojej stronie
Odnośnik do wpisu będzie wyglądał tak:Życzenia z okazji Chińskiego Nowego Roku!