Wpisy Komentarze

Zapiski z Chin » Azja, Różne » Weasel coffee z Wietnamu

Weasel coffee z Wietnamu

Kolejna wizyta w Wietnamie, będzie tych wizyt coraz więcej, choć pracuję już nad wsparciem lokalnym, bo plany związane z Wietnamem mam ambitne i czasu może czasami nie starczać tak mi, jak i mojemu zespołowi. Tym niemniej, powtórzę się, do Wietnamu za każdym razem wracam z przyjemnością – lubię miejsca, gdzie sporo się dzieje, gdzie ludzie widzą sens w zasuwaniu i poprawie swojego bytu – a obecny Wietnam jak i sytuacja międzynarodowa temu służą. Oczywiście, jak wszędzie, można narzekać – że nie wszystkim się chce, że niektórzy oderwani od rzeczywistości, ale tak jest wszędzie. Plusy mimo wszystko dalej przeważają nad minusami i tylko wypada mieć nadzieję, że tych plusów będzie coraz więcej a minusów coraz mniej.

Miasto Ho Chi Minh wieczorową porą – widok na rzekę Sajgon.

Żeby jednak wpis nie był ciężki, to dzisiaj temat ‘poboczny’, choć dla mnie całkiem ważny 😉 Jak niektórzy może wiedzą nie od dziś lubię kawę. Nie, nie poprawia mi ciśnienia (to w pracy jaką wykonuję ma się zawsze wysokie, a od kiedy u sterów w USA jest prezydent Trump to już w ogóle momentami szybuje niemal na poziomach stratosfery), ale lubię smak kawy i tą inność od innych trunków typu herbata (choć herbaty czarne czy owocowe też lubię!). Lubię w związku z tym od czasu do czasu z kawą poeksperymentować – a to jakaś z żeńszeniem, z mlekiem takim czy owakim (tak, sojowe latte też zdarza się wypić 🙂 aczkolwiek nie w ramach lansu), z taką czy inną czekoladą, czy jeszcze innymi dodatkami. Trudno zatem nie lubić w moim przypadku Wietnamu, który z kawy słynie i zapewne nie będzie przesadą, jeśli powiem, że ma w Azji Południowo Wschodniej po prostu najlepszą kawę.

Miasto Ho Chi Ming – widok na rzekę Sajgon za dnia.


Tym razem zatem przekroczyłem kolejną granicę i kupiłem sobie w ramach prezentu za dobrze zrobioną tygodniową pracę na miejscu, paczkę kawy, która przygotowywana jest w sposób… nieoczywisty.

Kawa, którą miałem okazję popróbować. Niestety w pudełku zamiast obiecanych 10 saszetek było ich tylko 9… Tak więc mimo że smak całkiem ok, to jednak produktu tej firmy kolejnym razem nie spróbuję.


Ale od początku, czyli od historii powstania tejże kawy. Dla tych, którzy nie wiedzą, zanim na Wietnamie połamali sobie zęby Amerykanie, mieliśmy w tym kraju Francuzów. Ich obecność można liczyć od połowy wieku XIX, kiedy to dokładnie w 1858 flota francuska zaatakowała port w DaNang (podobno świetne obecnie miejsce turystyczne – jeszcze tam nie dotarłem) a po bez mała 25latach faktycznie przejęła kontrolę nad środkowym i północnym Wietnamem, tworząc kolonię. Utrzymali się w Wietnamie 90 lat, aż do roku 1954, kiedy to po przegranej bitwie pod DienBienPhu opuścili Wietnam. Tych 90 lat ich obecności i rządzenia to z jednej strony historia kolonialnej eksploatacji, ale i kulturowych wpływów – między innymi dotyczącymi … kawy 🙂 Wpływy francuskie widać też jednak w architekturze (miasto Hanoi szczególnie), edukacji, administracji, ale i kuchni (bagietki!). Nie ma jednak co udawać – mocarstwa kolonialne nie podbijały terenów, żeby przynosić bagietki i kawę (czy jak inni ‘wartości’ i ‘demokrację’), ale by podbite tereny oskubywać. Warto o tym pamiętać, odwiedzając takie miejsca i zachwycając się czy to budynkami w Hanoi, czy właśnie kawą, że z perspektywy mieszkańców Wietnamu epoka kolonialna to był czas wyzysku kraju.

Hanoi, stara dzielnica o poranku (jakoś ok godziny 6 rano).


Spójrzmy na to właśnie z perspektywy wspomnianej już kawy. Jej początki uprawy w Wietnamie zawdzięczamy francuskiemu misjonarzowi, który w 1857 przywiózł pierwsze drzewko arabiki a trochę ponad 30 lat później Francuzi zakładają w Wietnamie pierwsze plantacje. Arabika swoją drogą została wyparta przez bardziej odporną robustę. Dzisiaj zaś Wietnam jest jednym z największych eksporterów kawy na świecie.

Kawa, w którą zaopatrzyłem się tym razem znana jest na świecie głównie pod nazwą ‘kopi luwak’ (aczkolwiek to język indonezyjski) lub też – ale to już znacznie mnie rozpowszechniona na świecie nazwa – cà phê chồn (kawa łaskuna) a jej unikalność polega na tym, że produkowana jest z ziaren, które przeszły przez układ pokarmowy zwierzęcia – w Wietnamie jest to łaskun palmowy (znany także jako cyweta azjatycka). Dzięki temu ‘procesowi produkcyjnemu’ i potraktowaniu ziaren kawy przez enzymy trawienne tychże zwierzaków, kawa zyskuje nowy, łagodniejszy, smak. Krzywiącym się w zniesmaczeniu Czytelnikom wyjaśnię jeszcze tylko szybko, że ziarna po wydale… tfu – przejściu przez cały proces produkcyjny, są czyszczone a następnie palone. Uspokojeni? 😉 I teraz najlepsze – to jedna z najdroższych kaw. Oczywiście, jak to z ekskluzywnymi produktami bywa i tu nie brak kontrowersji – dotyczących jakości i etyczności niektórych firm, w których łaskuny trzymane są w urągających warunkach i zmuszane jedynie do ‘produkcji’ kawy. To się podobno zmienia i coraz więcej firm, które prowadzą firmy w bardziej cywilizowany sposób.

Dlaczego być może słyszeliście o ‘kopi luwak’ a nie o ca phe chon? Wcale nie wynika to z jakiś obiektywnych powodów – ani nie jest jakoś smaczniejsza, ani nie jest pierwsza. To bardziej dobry marketing i efekt bycia pierwszym – świat więc usłyszał najpierw to tejże kawie z Indonezji.

Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję spróbować – polecam.

Napisal

Od 2005 w Chinach, gdzie mieszkam, pracuję, obserwuję i piszę :-)

Wpis z kategorii: Azja, Różne · Tagi: , , , , , , ,

2 komentarze(y) do wpisu: "Weasel coffee z Wietnamu"

  1. stas says:

    🙂 no i jak się delektuje taką kawą to podświadomie chyba gdzieś błyśnie myśl o jej produkcji?
    A historia Wietnamu nasuwa także pytania- czy mocarstwa, które dopuściły się tam takich wojennych działań dokonały jakiegoś zadośćuczynienia- oczywiście to retoryczne pytanie!
    Retorycznie także można zapytać- na ile etyczne było wykorzystanie zdjęcia” Napalm Girl” nagrodzonego Pulitzerem- tylko co to dało samym ofiarom ?
    To chyba ciekawy kraj turystycznie.

  2. Wojciech says:

    Stas – moze gdyby cos bylo nie tak, to by sie pojawilo podswiadomie, ze cos chyba jest nie tak, ale kawa jest naprawde smaczna – o wiele lagodniejsza niz taka ‘zwykla’ kawa.

    Z tym zadoscuczynieniem, no to wlasnie wiadomo jak jest – duzi robia, co chca. USA niby cos tak rzucilo, glownie chyba po roku 1994 – tu akurat zasluga czlowieka, co sie nie zaciagal, czyli Clintona. Wtedy jakies srodki poplynely, ale oczywiscie to nie byl pewnie nawet promil tego, co ew powinno byc. Inna sprawa, ze Wietnam zdawal sobie sprawe, jaka ma ‘moc’ i pewnie wzieli co bylo im dawane.
    Co do ‘Napalm Girl’ i tego typu zdjec to skomplikowany temat. To zawsze jest pewnego rodzaju wykorzystanie czyjegos dramatu, pytanie tylko w jakim celu – tu moznaby powiedziec, ze to zdjecie otworzylo wielu ludziom oczy na to, co sie wtedy dzialo, bo przeciez znane jest tez pod nazwa ‘Terror of War’, wiec przeslanie bylo/jest jasne.