Wpisy Komentarze

Zapiski z Chin » Chiny » O wietrze w Pingtan

O wietrze w Pingtan

Wyprawa z zespołem w ramach corocznych wyjazdów w ramach podziękowania za pracę tym razem zaprowadziła nas do prowincji Fujian, a dokładnie do miasta Fuzhou, jak i jego okolic.

Trochę wpisów zamieściłem na moim Twitterze, kilka na Facebooku, więc zapraszam tam po zdjęcia i krótkie komentarze.

Tutaj zaś o pewnym wyjątkowym miejscu. Wyjątkowym z kilku powodów, w tym powodów, które od przynajmniej ładnych kilku lat są na tapecie w Europie i które jak mało które elektryzują wszystkich. Nie, nie będzie o imigrantach, nie będzie o zmianach społecznych. Będzie o zielonej ekonomii, głównie zaś o wiatrakach, tfu: turbinach wiatrowych!

Piękne konstrukcje…

Gdy usłyszałem, że w trakcie naszej kilkudniowej wyprawy dotrzemy do niewielkiego miasta Pingtan, wiedziałem, co będę chciał zobaczyć: turbiny wiatrowe.

Za kilkadziesiąt minut słońce schowa się za horyzontem, ale turbiny będą dalej pracować. Jak widać jest ich trochę na lądzie – choć masa także i na/w wodzie

Olbrzymie konstrukcje, które wzbudzają tyle dyskusji w Europie, a także u nas w kraju, w Polsce.

Czy mają być budowane wg zasady 10H (minimalna odległość turbiny od zabudowań równa 10-krotności ich wysokości). Czy może 700 metrów? A może 500 metrów? Czy psują krajobraz, zabijają ptaki, oddziałują na nas dzięki szumowi, jaki generują, czy cieniem i migotaniem, jakie wywołują wirujące skrzydła?

Tyle pytań, na które każdy ma odpowiedź – w zależności od tego, którą stronę akurat reprezentuje. Niektórzy reprezentują za pieniądze (tzn mają wymierne korzyści z głoszenia takiego a nie innego poglądu), ale większość robi po prostu (przepraszam, takie jest moje zdanie) za ślepych entuzjastów, wpisując się w jedną czy drugą narrację.

Ja do tego podchodzę inaczej – na zimno. Trochę tak, jak Chińczycy (trochę, bo to nie do końca tak, że Chińczycy są tu 100% zimnymi pragmatystami).

Tu własnie widok na te stojące w wodzie – niekiedy konstrukcje zanurzone są w wodzie na kilkadziesiąt metrów. W tle, setki metrów dalej, widać ich jeszcze więcej.

Pingtan w Chinach to miejsce symboliczne, właśnie jeśli chodzi o produkcję energii elektrycznej z wiatru – nie ma chyba bardziej charakterystycznego miejsca. W sklepach z pamiątkami z łatwością znajdziecie magnesy na lodówki z napisem “Pingtan” i turbiną czy turbinami – tak bardzo zżyły się tu z krajobrazem, że traktowane są jako coś naturalnego.

Ale.


Zawsze jest jakieś ‘ale’ 😉


… byle z dala od mojego domu!

Pingtan to wyspa znajdująca się w Cieśninie Tajwańskiej (chociaż gdyby Chińczycy zachowali się tak jak Trump, to powinni tę cieśninę nazwać Cieśniną Chińską 😉 ), słynąca z DUŻEJ liczby WIETRZNYCH dni i z SILNEGO wiatru. Podkreślenie tych kilku słów w ostatnim zdaniu jest zasadnicze i nieprzypadkowe.

Żeby stawianie “wiatraków” miało sens, muszą one być budowane w miejscach, gdzie mamy więcej dni wietrznych niż bezwietrznych. A do tego wiatr musi mieć odpowiednią szybkość/prędkość, żeby te olbrzymie łopaty mogły się kręcić, generując przy tym energię elektryczną. Nie ma sensu stawianie ich w miejscach, gdzie nie zarobią na siebie (i uwaga – przez zarobienie na siebie rozumiem koszt ziemi, koszt budowy, koszt utrzymania, koszt serwisu, koszt rozebrania, koszt utylizacji i alternatywny koszt ziemi – czyli czy wybudowanie czegoś innego akurat w tym miejscu przyniosłoby długofalowo większe zyski niż ta turbina).

Ich wielkość w pełni docenia się dopiero stojąc u podnóża – to są naprawdę poteżne konstrukcje i akurat te na lądzie tutaj nie należą jeszcze do tych największych. Szum? Słychać, ale tutaj są one na odludziu – nie ma w pobliżu żadnych budynków mieszkalnych a jedynie masa turystów.

Mam zaś niestety częste wrażenie, że w dyskusji o OZE w Polsce jego zwolennicy bagatelizują te wszystkie koszty – każą nam widzieć jedynie zyski, a pomijają koszty. Stąd moje zażenowanie ich argumentacją i próbami przedstawienia myślących odrobinę inaczej od nich jako oszołomów i tych, którym nie jest bliski los środowiska naturalnego.

A pomyślmy na spokojnie – przecież jeśli kupuję samochód, to nie patrzę tylko na to, ile dzięki niemu zyskam/zaoszczędzę (np oszczędzając czas na dojazd do pracy autem, zamiast komunikacją miejską), ale rozważam wszystkie koszty – ubezpieczenia, rejestracji, przeglądów, serwisu, napraw czy paliwa – by wymienić zaledwie kilka rodzajów kosztów. Do “wiatraków” powinniśmy podchodzić tak samo. Tymczasem próbuje się je przedstawić jako generujące jedynie (poza energią elektryczną 😉 ) zyski. Tyle mojej dygresji 😉 Wracamy do Pingtan.


Co to znaczy, że Pingtan może się pochwalić dużą liczbą wietrznych dni?

To znaczy, że ma ich około 300 dni w roku.


Co to znaczy, że te wiatry są silne?

To znaczy, że średnia prędkość wiatru na wyspie to jakieś 7-9 m/s.


Rozważania i prace nad tym, czy energię z wiatru dałoby się produkować na wyspie, rozpoczęto w Chinach już w latach 70. XX wieku: w 1976 r. powstała tu pierwsza stacja testowa wiatru (Pingtan Wind Power Test Station), a w 1991 r. podłączono do sieci pierwszą farmę naziemną Lianhua Mountain, z turbinami w 100% chińskiej produkcji.

Makieta instrumentu jedynie po to, żeby można porobić ‘artystyczne’ zdjęcia. Jak widać na zdjęciach turbiny prezentują się całkiem okazale.

To był pierwszy chiński krok w kierunku rozwoju OZE – od małych 55 kW prototypów do dzisiejszych olbrzymów (choć największa w Pingtan to ‘zaledwie’ 16MW – w tym miesiące w prowincji Shandong oddano do testów turbinę 26MW, której średnica wirnika to 310 metrów, przy wysokości piasty 185 metrów).

Efekt?

W 2025 roku Pingtan ma osiem farm wiatrowych, w tym morskich, o łącznej mocy 788 MW, generujących rocznie 2,6 miliarda kWh energii elektrycznej. To wystarczy, by zasilić małe miasto, ale pamiętajmy – koszty budowy i utrzymania tych morskich kolosów też są olbrzymie!

Te subiektywnie piękne konstrukcje (mi się one podobają) to jednocześnie całkiem sprawne urządzenia… Jedna z farm morskich (np. ta od China Three Gorges) ma 11 turbin o mocy powyżej 8 MW każda, w tym wspomnianą już 16 MW jednostkę zainstalowaną w 2023 r., ok. 35 km od brzegu.

Te zdjęcia robione z powiększeniem, z kołyszącej się łodzi motorowej, która wywieziono mnie z kilkoma innymi staceńcami na pełne morze – by z ‘bliska’ przyjrzeć się tym urządzeniom.

Ta jedna farma (111 MW) produkuje rocznie ok. 360 mln kWh, zastępując 100 tys. ton węgla. Inne fazy, jak Pingtan Offshore Area A/B/C, dodają 299 MW z turbinami Shanghai Electric czy Ming Yang o mocach 4-5,5 MW. Chińczycy nie czekają, tylko stawiają je w iście ekspresowym tempie – budują je na monopilach w morzu.

Energia elektryczna produkowana z tych farm trafia nie tylko do Pingtan, ale i (czasami) do sąsiednich prowincji (Fujian, Zhejiang) – a to za pośrednictwem podmorskich kabli.

Teraz uwaga – prośba o skupienie się. POMIMO tak znakomitych warunków pogodowych i terenowych, energia wytwarzana przez te turbiny pokrywa zapotrzebowanie na ok 30-40 % energii, jakiej wyspa potrzebuje dla swoich trochę ponad 400 tysięcy mieszkańców i co prawda coraz liczniejszej, ale wciąż pewnie marginalnej liczby turystów.

Zaraz, zaraz – ktoś przerwie – to jak się trzyma kupy, jeśli przed chwilą napisałeś, że Pingtan eksportuje część energii elektrycznej? Skoro nawet im nie wystarcza na 100% własnego zapotrzebowania, to dlaczego eksportują?

No i tu wchodzimy na wyższy poziom rozważań, które jednak postaram się zbyć kilkoma zdaniami, bo nie będę tu robił wykładu w temacie, w którym nie jestem ekspertem, a jedynie człowiekiem z podstawowym zrozumieniem.

A tu jedna z turbin wiatrowych na pełnym morzu, do którego podpłyneliśmy znacznie bliżej – zachowując oczywiście bezpieczny dystans

Otóż każdy system energetyczny, w którym mamy różne źródła musi być w stanie w każdej chwili pokrywać zapotrzebowanie na ilość energii elektrycznej, jaka w danej chwili jest potrzebna (pomijam tu magazyny energii – to już poziom trzeci, a ja jestem w wyjaśnianiu na drugim 😉 ).

W związku z tym, może być tak, że w DANYM momencie Pingtan nie potrzebuje całej energii, jaką akurat turbiny generują – wtedy jest ona podmorskimi kablami przesyłana do sąsiednich prowincji (tych najbliższych: Fujian, Zhejiang). Ale może się zdarzyć i tak, że albo

1) zapotrzebowanie na energię w Pingtan przekracza w danym momencie ilość generowaną przez turbiny

albo

2) turbiny z różnych powodów nie są w stanie generować energii (awaria, serwis, brak wiatru),

wtedy Pingtan musi energię zaimportować, czyli ściągnąć z sąsiednich prowincji.

Skąd więc Pingtan bierze brakującą energię? Z atomu, z węgla… Aaaa… No właśnie. Nie ma się co oszukiwać – żeby ten system był stabilny, musi mieć stabilne zasilanie – takie zaś zapewnia np. atom czy właśnie węgiel. Tak, to jest takie proste i oczywiste 😉

Pingtan jest najbardziej znane ze swoich “wiatraków”. Ulokowane są one zarówno na lądzie, jak i na morzu – to naprawdę potężne konstrukcje. Z daleka od domostw. I to chyba clou – w Pingtan “wiatraki”, zwłaszcza morskie, są budowane z dala od gęsto zaludnionych osiedli, co minimalizuje ich wpływ na mieszkańców. Odpadają zatem problemy, na które zwracają uwagę ich przeciwnicy. Bo turbiny są dobrym rozwiązaniem, ale jedynie wtedy, kiedy nie utrudniają życia i kiedy są … opłacalne.

Łatwo budować je na kredyt/za subsydia, trudniej, gdy muszą się same ‘utrzymać’ – i właśnie z tym wydaje mi się mamy największy problem w Europie., ale to też był problem w Chinach. Tak, Chiny subsydiowały ten sektor w początkach działalności, choć tak po prawdzie, to dopiero ostatnie lata to czas, gdy nie trzeba do tego biznesu dokładać – wynika to z 3 powodów:

  1. Coraz większe turbiny, generujące więcej mocy, jak chociażby wspomniane 16MW turbiny.
  2. Lokalizacja produkcji wszystkich elementów przez chińskie firmy
  3. Ekonomia skali, czyli po prostu ich masowość i właśnie owe całe farmy a nie pojedyncze turbiny.

Inny ‘problem’ (na to zwrócili mi uwagę Chińczycy i było to zaczynem do burzliwej debaty) jest taki, że brak u nas chyba w Europie skoordynowanej polityki energetycznej – a już na pewno brak tak skoordynowanej jak w Chinach.

Dlaczego zatem na ten przykład chcemy w Polsce zwiększać obszar, na którym mają powstawać turbiny wiatrowe, jeśli w wielu tych miejscach nie mają ekonomicznego uzasadnienia (po raz kolejny powtórzę – jeśli same na siebie w całym cyklu życia nie zarabiają, to znaczy że nie mają sensu)? Polska ma węgiel. Dania wiatr. Gdyby to były Chiny, to postanowiono by, że Polska wydobywa węgiel, Dania zaś buduje “wiatraki” – bo to ma sens. No ale z racji na to, że w ramach UE każdy sobie rzepkę skrobie, to mamy taką sytuację, jaką mamy – tzn. w Polsce mimo tego, że znacznej część Polski budowa turbin nie ma sensu, to i tak się je buduje, bo skoro ktoś daje na nie pieniądze (uwaga – przypominam, że te pieniądze nie biorą się z – nomen omen – powietrza, tylko z Waszych kieszeni) to dlaczego by ich (głupio) nie wydać?

Podsumowując, turbiny wiatrowe mają sens jako uzupełnienie mocy produkcyjnych energii elektrycznej, jeśli są budowane w odpowiednich miejscach – takich, które nie zakłócają życia mieszkańców, a zarazem umożliwiają efektywną pracę i opłacalność.

I przy okazji są ciekawym miejscem na sesję fotograficzną 🙂

—-

Uwaga: wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa – proszę ich nie kopiować i nie usuwać nazwy i adresu mojego bloga.

Napisal

Od 2005 w Chinach, gdzie mieszkam, pracuję, obserwuję i piszę :-)

Wpis z kategorii: Chiny · Tagi: , , , , , , , , , , ,

2 komentarze(y) do wpisu: "O wietrze w Pingtan"

  1. stas says:

    No i cóż- szkoda się denerwować- absurd planowania i widzenia perspektywy
    jest u nas wciąż, a może jeszcze bardziej niż dawniej, podporządkowany ideologii także szalonej. I żeby było tragicznie śmiesznie, to czasem dowiemy się, że za to co szaleńcy rządzący robią zapłacą ok 20270 roku następne pokolenia.
    A wiatraki stawiane są to tu to tam- jak chyba komuś się coś wydaje.
    Może to dobrze, że mamy okazję przeczytać wbrew stereotypom o chińskiej rzeczywistości, że oni myślą pragmatycznie i ta logika ekonomiczna chyba od początku historii Państwa Środka może budzić podziw, a nawet zazdrość.

  2. Wojciech says:

    Stas – mam niestety wrazenie, ze wsrod ‘naszych’ wlodarzy UE brak jakiejs refleksji – jak cos nie dziala, to sie czasami trzeba zatrzymac, pomyslec i cos zmienic. Tu tego brakuje – jak z kon z klapkami na oczach byle do przodu, bez zadnej refleksji. I tylko pytanie, skad ten upor i …. ale to nieladnie nawet tak pomyslec, bo oczywiscie u nas zadnej korupcji czy zachowan korupcyjnych nie ma. U nas jest etyczny lobbing …