Kolejne wakacje zakończone.
Była – jak co roku – okazja odpocząć w Europie. O wizycie w Rzymie w trakcie horrendalnych upałów napiszę może w kolejnym wpisie (będzie tam też trochę o tym, jak Chińczycy przygotowują się do takiej podróży), dzisiaj zaś kilka luźnych przemyśleń po dwutygodniowym pobycie w Polsce.
Paragony grozy?
Ceny w gastronomii w Polsce kompletnie się odkleiły. Nie interesuje mnie, czy to skutek wzrostu kosztów energii, płacy minimalnej, niedoboru rąk do pracy czy czegokolwiek innego (albo wszystkiego po trochu) – stwierdzam po prostu fakt: Polska robi się droga, oferując w zamian niewiele więcej niż rok, dwa czy trzy lata temu za to samo. Najdobitniej widać to było podczas pobytu nad naszym polskim morzem.
Ktoś powie: po co się tam w ogóle wybierać, skoro pogoda niepewna, a o „paragonach grozy” słyszy się nie od dziś. Być może tak jest, ale przynajmniej raz musiałem zabrać córki nad polskie morze, żeby im pokazać, że to też Polska.
Gdańsk, a może Sopot
Hotel, w którym się zatrzymaliśmy, wybieraliśmy z myślą o tym, aby był przyjazny rodzinie i leżał stosunkowo blisko plaży.

Padło na Novotel Marina w Gdańsku (a w zasadzie już na granicy między Gdańskiem a Sopotem – co miało, pisząc o tym teraz, zabawne konsekwencje jedna dnia, gdy po powrocie okazało się, że w naszej część korytarza, a co za tym idzie – pokojów nie ma prądu. W częście sopockiej. W części gdańskiej prąd był 😉 Ot, taka ciekawostka – pamiętajcie jednak, gdybyście kiedyś myśleli o pobycie tam). Lokalizacja znakomita, bo dosłownie rzut kapeluszem od plaży. Do tego niewielki basen pod dachem i spora siłownia (zarówno kryta, jak i na świeżym powietrzu). Śniadanie dla rodziny idealne – spory wybór, więc dziewczyny codziennie mogły spróbować czegoś innego.

Osobna opłata za parking trochę mnie zaskoczyła (100 PLN za dobę) – przy tej klasie hotelu i cenie za dobę takie dodatkowe opłaty po prostu psują ogólne wrażenie. W Chinach standardem jest, że parking (zazwyczaj podziemny) jest w cenie pobytu – płaci się wszak już za sam pokój i nikt nie próbuje klienta „doić” na drobiazgach. Restauracji hotelowej nie testowaliśmy, ale w hotelach nawet w Chinach unikamy stołowania się – bardziej autentyczne (i lepsze) jedzenie jest na mieście. Hotel cenowo wyszedł całkiem przyzwoicie (dwa pokoje, każdy z dwoma łóżkami), tzn. jakieś 1500 PLN za dobę. Dla jednych będzie drogo, dla innych tanio – dla mnie była to uczciwa cena za to, co oferował. Jeśli potrzebujecie hotelu na pobyt z rodziną to jest to mocna opcja.
Jedzenie “na mieście” – tu widać najbardziej, jak bardzo ceny odjechały od oferowanej w zamian jakości. Ale narzekać nie będę – nad morzem stołowaliśmy się najczęściej w kultowym Barze Przystań (Sopot) i tam wychodziło około 200-250 PLN za obiad dla naszej rodziny. Jak na standardy nadmorskie, to uczciwa cena za dobre jedzenie (polecam szczególnie przystawki – śledzie po kaszubsku czy kartusku, a z ryb smażonych: miętus).
Gorzej, gdy szło się do jakiegoś lokalu, który w nazwie miał „restauracja” – tu ciężko trafić na danie główne za mniej niż 60–100 PLN, więc za rodziny obiad oznaczało to już kwoty rzędu 400 PLN. I o ile dobra kuchnia jest warta swojej ceny, o tyle tutaj – nie obraźcie się – po kilku dniach stołowania się w takich miejscach ma się wrażenie, że wszędzie podają to samo i tak samo przyrządzone… Stąd tak sobie chwalę jedzenie w Chinach – liczba opcji i sposobów przyrządzania jest tak olbrzymia, że codziennie można zaskoczyć się czymś nowym. W Polsce po kilku dniach stołowania się w restauracjach ma się już trochę dość 😉
Żeby jednak nie było tylko narzekania, mam dla Was polecajkę z moich rodzinnych Tarnowskich Gór. Jeśli kiedyś będziecie na tarnogórskim rynku i przyjdzie Wam ochota na tradycyjną śląską roladę, to polecam restaurację Sedlaczek – tak dobrze zrobionej (mięso niemal rozpływa się w ustach) naprawdę dawno nie jadłem. Z czystym sumieniem polecam!
Jako że to były wakacje, nie mogło zabraknąć lodów – to punkt obowiązkowy dla moich córek. Oczekiwania, głównie pewnie związane z lodziarniami we Włoszech, były wysokie i koniec końców chyba trochę się… rozczarowaliśmy tymi “włoskimi” lodami. Niby dobre, ale jakoś efektu „wow” zabrakło. Po tych wszystkich latach moje córki dalej zgodnie twierdzą, że najlepsze lody w Europie są w… Gelato Caffe na rynku w Tarnowskich Górach. Byliśmy tam codziennie (ewentualnie co drugi dzień, jeśli tylko pogoda sprzyjała). Smakowo to naprawdę górna półka i spokojnie mogą stawać w szranki z tymi z Włoch, o innych nawet nie wspominając. Aha, lody to też jedna z tych rzeczy, w której z Chinami wciąż jeszcze wygrywamy 😉
Zwiedzanie i powrót do przeszłości
Gdańsk jeszcze bardziej wypiękniał, a sopockie molo dalej robi wrażenie. Poprzednio byłem nad naszym morzem… 19 lat temu (możecie poczytać o tym TUTAJ), więc przeskok jakościowy był znaczący, choć znalazło się też miejsce na „stare” atrakcje, takie jak rejs statkiem pirackim na Westerplatte.
Przy okazji tego rejsu przydarzyła się niesamowita historia. W drogę powrotną zapakowaliśmy się na pokład galeonu „Lew” (galeony są dwa – rzeczony „Lew” oraz „Czarna Perła”). Rozglądam się po pokładzie, widzę kapitana i myślę sobie: gdzieś już widziałem tę twarz. Wyciągam telefon, wyszukuję swój wpis blogowy z 2007 roku, powiększam zdjęcie i patrzę – a to na ekran, a to na kapitana. I jeszcze raz. No chyba nie, to wręcz niemożliwe, żeby to była ta sama osoba! Sprawa nie dawała mi jednak spokoju. Przeszedłem na drugą część statku, podchodzę do kapitana i zagaduję, wyjaśniając, że byłem tu niemal 20 lat temu i chciałbym, żeby spojrzał na jedno zdjęcie. Kapitan patrzy, woła kolegę z załogi i głośno analizują: „Czy to mechanik? A może ktoś inny?”. W końcu powiększają zdjęcie na maksa i kapitan mówi z uśmiechem od ucha do ucha: „To ja! Wąsy dawno temu zgoliłem, ale to ja!”. Tak się ucieszył tym starym zdjęciem, że z tej radości pozwolił Helenie ponownie stanąć za sterem 🙂 Pomyśleć tylko, jak wiele się zmienia, żeby nie zmieniło się nic…

Z nowych atrakcji (przynajmniej dla mnie) zaliczyliśmy Muzeum Bursztynu. Warto wybrać się tam na krótkie zwiedzanie – więcej niż dwóch godzin pewnie tam nie spędzicie, ale samo miejsce robi wrażenie, a niektóre eksponaty są naprawdę niezwykłe. A jak już będziecie w okolicy, koniecznie podejdźcie do Bazyliki Mariackiej i rzućcie okiem na imponujący zegar astronomiczny oraz słynny tryptyk Hansa Memlinga „Sąd Ostateczny” (w kościele wisi świetna kopia, oryginał jest w muzeum). Dla tych, którzy nie znają tematu: sam obraz jest genialny, ale historia jego powstania i to, jak w ogóle trafił do Gdańska, nadawałyby się na świetny miniserial. Kto ciekawy, niech koniecznie poszuka informacji – są tam i włoscy bankierzy, i prawdziwy, „zalegalizowany” gdański pirat.

Z innych miejsc, które w tym roku także udało nam się zobaczyć, polecam Malbork i Toruń.
W Malborku obowiązkowo wybierzcie się na nocne zwiedzanie. Powodów ku temu jest kilka: brak turystów (nie licząc raptem kilku grup na tymże nocnym zwiedzaniu), wnętrza które w półmroku robią niesamowite wrażenie i jeszcze ten element rodem z horrorów (młodsza córka przeżywała potem jedną z “niespodzianek”, ale jak stwierdziła potem, nawet jej się to podobało 😉 ). Niesamowity klimat w niesamowitym miejscu (teraz jeszcze ładniejszym – sporo udało się odrestaurować i robi jako całość wrażenie).

A do Torunia wybrać się trzeba jak nie dla Kopernika, to dla Kopernika SA. W końcu gdzie pierniki smakują lepiej niż w Toruniu? Jeśli zaś będziecie z dziećmi/nastolatkami, to polecam Żywe Muzeum Piernika – mają znakomite warsztaty poświęcone produkcji i dekoracji pierników. A do tego – my byliśmy na pokazie dwujęzycznym polsko-angielskim, mają tam najbardziej wyluzowanego tłumacza symultanicznego, który gdy słowa zabrakło to rzucał: “bla, bla, sorry, dont know how to say this”. Jakby tego mało, to tłumacząc czy to płeć piękną, czy brzydką, modulował odpowiednio głos. Nie wiem jak inni, ale my z Heleną mieliśmy naprawdę kupę śmiechu słuchając jego tłumaczenia.
Obecność turystów z Azji
Nie znam statystyk dotyczących liczby turystów z Chin w Polsce czy we Włoszech, ale w Rzymie było ich widać (ale też bez przesady – chociaż możliwe, że większość czasu przesiadywali wyłącznie w sklepach z luksusowymi towarami, jak na lotnisku chociażby 😉 ). W Polsce natomiast trafiliśmy raptem na jedną grupę Tajwańczyków w Toruniu i samotnie zwiedzającego z audioprzewodnikiem Tajwańczyka na zamku w Malborku. Chciałoby się widzieć więcej turystów z Azji w Polsce, ale do tego potrzebne są bezpośrednie loty! Obecnie z Chin do Polski nie dolecimy bezpośrednio, co ma gigantyczne przełożenie na to, ile osób w ogóle rozważy turystyczną wizytę nad Wisłą. Polskiej Organizacji Turystycznej (POT), LOT-owi i naszej administracji rządowej (bo bez jej politycznego wsparcia nic się nie ruszy) pod rozwagę!
Infrastruktura drogowa
Jest dobrze. Widać, że coś się dzieje i to cieszy, wszak zwiększona mobilność ludzi to czysty zysk dla całej gospodarki. Przejazd ze Śląska nad Bałtyk to już żadna wielka wyprawa, tylko kilkugodzinna jazda dobrą trasą. Byle na tym nie poprzestawać – marzy mi się kiedyś kilkugodzinna podróż pociągiem (i nie musi to być skład pędzący 350 km/h – wystarczy stabilne 250 km/h). Mam nadzieję, że to się uda, mimo różnych zawirowań wokół np. CPK. Pieniądze wydane na infrastrukturę to naprawdę dobrze ulokowane środki, które służą wszystkim – warto to przypominać!
Sytuacja w Polsce
W wakacje całkowicie odciąłem się od jakichkolwiek wiadomości z kraju (nie licząc prognozy pogody). W niedzielę włączyłem kilka portali, wszedłem na X-a i – jak widzę – nic się nie zmieniło 😉 Dalej to samo, dalej w ten sam deseń. Chleb (coraz droższy) i igrzyska (coraz głupsze). Ukraina / dupa Maryny / USA / dupa Maryny / UPA / dupa Maryny / PiS-PO / dupa Maryny.
Z „nowości” popularność zdobyły serie artykułów o sodomie i gomorze w systemie udawania ochrony zdrowia, który należałoby raczej nazwać teraz systemem ochrony wynagrodzeń lekarzy. To zabawne, jak nagle wszyscy odkrywają, jak chory (sic!) mamy system. Jak na sezon ogórkowy muszę przyznać, że temat zacny i rozgrzewa publikę, która pokrzyczy, oburzy się, poklnie i… zapomni. Znajdzie się kilka kozłów ofiarnych, pokaże się ich publice, która znowu pokrzyczy, oburzy się, poklnie i… zapomni.
I w tym wszystkim mam tylko takie gorzkie przemyślenie, że życie w Polsce zaczyna wymagać od ludzi bycia bezczelnymi cwaniakami (albo, żeby nie owijać w bawełnę – uczy oszukiwania). System jest tak skonstruowany, że promuje kombinatorstwo. Oszukują nas politycy, oszukują samorządowcy, oszukują lekarze, oszukują upolitycznieni sędziowie, oszukują spółdzielcy, oszukują „szyszki” (z legendowanymi CV, które nigdzie by się normalnie nie utrzymały) w spółkach skarbu państwa i w jednostkach publicznych (wodociągi, transport). Ale nie martwcie się, zaraz znajdzie się kolejna grupa, o której też się okaże, że nas oszukuje (jak myślicie, kto to będzie? Wojskowi, którzy jaja mają dopiero po tym, jak odchodzą ze służby? Naprawdę zabawnie słucha się tych wszystkich emerytowanych generałów, którzy nagle okazują się nie trepami, ale całkiem sensownie mówiącymi ludźmi – szkoda tylko, że tak późno. A wszak od kogo oczekiwać odwagi, jak nie od wojskowych?).
I tak to się będzie kręcić. Niby kraj wygląda z roku na rok coraz ładniej (a pod względem bezpieczeństwa jest w Europie oazą spokoju, choć z perspektywy azjatyckiej to po prostu minimum, którego należy oczekiwać), ale pod tym wszystkim – aż strach się bać, jak wiele różnych niespodzianek się kryje.
No niestety to spostrzeżenie- że życie uczy cwaniactwa, kombinatorstwa – jest niestety prawdziwe- jak w dawnych czasach słusznie minionych . Przyjrzenie się naszej codzienności, to tak – ciut zmieniła się scenografia- ale jakby Bareja kręcił kolejny film. Afera goni aferę, traktuje się nas jakbyśmy nie umieli czytać ze zrozumieniem – a przy tym większość przyjmuje wszystko biernie na zasadzie- bo co zrobisz. No i tak zaczynamy zapadać się w jakiś bezsens- naokoło nas wykorzystują, a mamy wszędzie “przyjaciół”, w coś “inwestujemy” , stajemy się “sługami”- i tłumaczą nam rzeczywistość jacyś eksperci z przedziwnych “uczelni/uniwersytetów” i instytucji.
Dziwny jest ten nasz świat…
Stas – głowa do góry, jest przynajmniej śmiesznie. Jak się na coś nie ma wpływu, to przynajmniej można się pośmiać 🙂