Co Chińczycy kupują na wycieczkę do Rzymu?

Gdy ustaliliśmy z Heleną, że tym razem polecimy z Chin do Polski przez Włochy, było oczywiste, że zatrzymamy się na dłużej w Rzymie. Wieczne Miasto od dawna zachęcało do odwiedzin, a nasze dziewczyny są już na tyle duże, że coś z tych wyjazdów zapamiętują. No i jednej, i drugiej obejrzenie tak ważnego dla cywilizacji zachodniej miejsca na pewno się przyda – i to nie tylko na lekcjach historii.

Martwiły nas tylko dwie rzeczy: prognozy pogody na okres, w którym mieliśmy tam być, oraz… „renoma” Rzymu jako mekki kieszonkowców. Zewsząd dochodziły do nas głosy rodziny czy chińskich znajomych – kto został obrabowany z gotówki, a kto stracił portfel z kartami, telefon czy paszport/dowód. Nie powiem, mnie najbardziej „przerażała” wizja utraty dokumentów. W naszej sytuacji byłaby to masakra logistyczno-komunikacyjna, gdybyśmy musieli na gwałt wyrabiać chińskie i polskie paszporty tymczasowe (pominę już taki „szczegół”, że skróciłoby to nam wakacje). Żeby nie było – nie był to paraliżujący strach, ale jednak przed żadnym innym wyjazdem tak bardzo nie skupiałem się na bezpieczeństwie naszych rzeczy. Dziewczyny dostały do obejrzenia kilka filmów na YouTube pokazujących najpopularniejsze metody naciągania turystów (bransoletki, róże itp.). Starałem się jednak nie przytłaczać ich tymi negatywnymi informacjami, a raczej pokazywać to na zasadzie: „wiedzcie, na co zwracać uwagę i czego unikać”. Helena tymczasem, za namową znajomych mających już takie wyjazdy za sobą, zaopatrzyła się w cały zestaw linek, zamków, kłódek i karabińczyków – jedne do spinania walizek ze sobą, drugie do samych walizek, jeszcze inne do plecaków.

Wszystko po to, by odstraszyć ewentualnych amatorów cudzej własności i wysłać im sygnał: „odpuść sobie, tutaj stracisz za dużo czasu na otwarcie zamków”. Ja poprzestałem na wzmocnionej smyczy do telefonu, dzięki której miałem wolne obie ręce, oraz na wiszącej na szyi pod T-shirtem saszetce na dokumenty.

Uprzedzając fakty – nasz wyjazd zakończył się bez straty czegokolwiek, mimo częstego jeżdżenia metrem i przedzierania się przez tłumy w najbardziej obleganych miejscach. Tak więc da się „przeżyć”, choć oczywiście kilkudniowy wyjazd o niczym nie świadczy i być może po prostu mieliśmy szczęście. Mniej szczęścia mieliśmy za to z pogodą. Panujący w trakcie naszego pobytu (pierwszy tydzień lipca) upał był wprost niewyobrażalny i kompletnie odmienny od tego znanego nam z Szanghaju (w Szanghaju wysokim temperaturom towarzyszy duża wilgotność powietrza, co powoduje, że ma się wrażenie pobytu w saunie, podczas gdy w Rzymie to po prostu gorące powietrze, nagrzewające podłoże do zabójczych temperatur). Jedynym sensownym rozwiązaniem było zwiedzanie między 9:00 a 12:00, a potem ruszanie w miasto dopiero po 17:00 (nie licząc jednego dnia, gdy mieliśmy bilety na 14:30 do Muzeów Watykańskich – całe szczęście, że do wejścia do Muzeum mieliśmy zaledwie 10–15 minut piechotą od naszego hotelu).

Skoro to Włochy, to czymże byłby wyjazd, gdybyśmy nie zaliczyli jakiegoś strajku? Na całe szczęście ten, którego doświadczyliśmy, nie wpłynął znacząco na nasz pobyt – był to strajk taksówek. Ot, tyle tylko, że musieliśmy zmienić plany na ostatni wieczór, bo mimo moich usilnych prób zamówienia auta w aplikacji FreeNow, nie doczekaliśmy się żadnego pojazdu (nie wiedziałem jeszcze wtedy o strajku) i wybraliśmy się na pizzę na wagę do pobliskiej knajpki, którą już wcześniej przetestowaliśmy i która przypadła nam do gustu. „Goręcej” zrobiło się następnego dnia, kiedy musieliśmy dotrzeć na lotnisko. Początkowe plany zamówienia vana przez Ubera spełzły na niczym – rano ceny przekraczały 250 EUR (przy normalnej stawce wynoszącej około 80–85 EUR). Na całe szczęście niemal w ostatniej chwili, gdy ryzykowaliśmy dotarcie na lotnisko na styk, hotel potwierdził zamówienie większej taksówki (mieliśmy 6 sztuk bagażu, więc standardowe auto nie wchodziło w grę, a nie uśmiechała nam się podróż przez dworzec Termini z taką liczbą walizek – to jak imienne zaproszenie dla tamtejszych kieszonkowców). Za oficjalne 55 EUR (taka jest zamrożona stawka za przejazd z/na lotnisko FCO do centrum Rzymu) dojechaliśmy na lotnisko na czas.

Samo lotnisko – bo o nim też dwa słowa – w środku prezentuje się całkiem w porządku, ale strefa ogólnodostępna jest jak na mój gust zbyt ciasna i chaotyczna, a windy mogłyby mieć nieco szersze drzwi (wszak na lotniskach ludzie rzadko chodzą z małymi torebkami). Na plus zasługuje natomiast wybór restauracji, które jak na warunki lotniskowe oferowały naprawdę dobre jedzenie w przyzwoitych cenach (makarony za 16 EUR czy pizza od 12 EUR). Odnosząc to do gastronomii na lotniskach w Chinach – to świetna oferta, bo jedzenie na chińskich lotniskach cenowo i jakościowo jest słabiutkie.

Piszę o tych Włoszech, a nie wspominałem dotąd o zabytkach ani o dumie Włochów – ich kuchni. Ale to przecież oczywistości. Oczywiście, że trzeba zobaczyć (jako absolutne minimum) Muzea Watykańskie, Bazylikę św. Piotra, Koloseum i przynajmniej kilka placów, dorzucić do tego Schody Hiszpańskie czy park Villa Borghese. Nie czuję się na siłach, by polecać więcej, bo każdy w Rzymie, poza kilkoma punktami obowiązkowymi, będzie chciał zobaczyć coś innego.

Dodam tylko jedno: patrząc na kolejki do najbardziej obleganych miejsc (Muzea Watykańskie, Koloseum), warto kupić bilety z odpowiednim wyprzedzeniem. Wymaga to odrobiny planowania (trzeba próbować kupować online w odpowiednim czasie), ale oszczędzi Wam mnóstwa czasu i nerwów. Płatny bilet (pozwalający na skorzystanie z audioprzewodnika) warto zakupić też do Bazyliki św. Piotra. Wejście do niej jest darmowe, ale jeśli nie chcecie stać w gigantycznej kolejce, lepiej wydać te kilka euro, pobrać aplikację na telefon i wejść osobnym wejściem, gdzie kolejka jest zdecydowanie krótsza.

A jedzenie? Moje dziewczyny były nim chyba najbardziej rozczarowane (z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę). Nie wynikało to jednak z tego, że trafiliśmy na złe lokale, ale raczej z faktu, że nasłuchały się tylu opowieści o włoskiej kuchni, że spodziewały się „wyrwania z butów”, a to po prostu nie nastąpiło. Było dobrze, ale wybujałe wyobrażenia zderzyły się z rzeczywistością. Powiedzmy sobie szczerze – przy rewelacyjnym jedzeniu w Chinach (czy ogólnie w Azji) poprzeczka w naszym przypadku wisi wysoko. Było jednak jedno miejsce, które szczególnie przypadło nam do gustu i jeśli kiedyś będziecie w okolicach Schodów Hiszpańskich, polecam z czystym sumieniem: Al 34 (Via Mario de’ Fiori 34). Dziewczyny dostały tam znakomity makaron z homarem, ja zaś – jak przez cały pobyt w Rzymie – zajadałem się gnocchi, które również bardzo polecam. Jeśli zaś dotrzecie do Rzymu w słonecznej porze i przyjdzie Wam ochota na lody, to z czystym sumieniem polecam lodziarnię Günther Gelato Italiano (Piazza de’ Sant’Eustachio 47) niedaleko Panteonu.

Kończąc – do Rzymu na pewno wrócimy, choć pewnie wybierzemy inną porę roku, bo lato w tym mieście przypomina siedzenie w piecu. Następnym razem, idąc za radami youtuberów oraz naszych chińskich znajomych, znowu będziemy się pilnować i stosować te wszystkie „przeszkadzacze” na kieszonkowców. Będziemy jednak pamiętać, że najważniejsze to po prostu mieć oczy dookoła głowy. Tylko tyle i aż tyle.

4 thoughts on “Co Chińczycy kupują na wycieczkę do Rzymu?”

  1. No i dobrze, że złe “przygody” Was ominęły. A pora zwiedzania była niestety niedobra- ale to też , jak mówią znawcy, urok tego miasta:)

    Reply
  2. Staś-no niestety na pogodę wpływu nie mieliśmy, ale i tak było warto 🙂

    Z innej beczki-jak podoba się nowy wygląd strony? Powinno być teraz bardziej czytelnie, szczególnie dla tych, którzy lubią czytać na telefonie

    Reply
    • Poprzednia wersja miała kilka problemów technicznych, do tego na telefonach wyglądała średnio, stąd te zmiany 🙂

Leave a Comment