Wpisy Komentarze

Zapiski z Państwa Środka » Chiny » Guilin – czyli 56 godzin w pociągu

Guilin – czyli 56 godzin w pociągu

(uwaga – wszystkie zdjęcia dostępne w dziale ‘Galeria’ – tutaj zamieszczam tylko wybrane)

Przybyłem. Zobaczyłem. Wróciłem 😉 Niesamowita podróż niemal jak na koniec świata. 28 godzin w pociągu w jedną stroną, tyle samo w powrotną. Co można zrobić w tym czasie? Okazuje się, że całkiem sporo. Wypić kilka piw. Posmakować wina. Koreańskiej wódki. Podjeść. Pograć w karty, kości. Poczytać. Poleżeć. Pospać. Posiedzieć. Pogadać. Przemyśleć tysiąc spraw i jeszcze mieć czas na tą tysiąc i jedną 🙂


(to niemal cały skład naszego przedziału – nasze ulubione Słowaczki – Weronika i Kristina)

Na całe szczęście każda podróż ma swój koniec. Tak więc oto po dwudniowej podróży dotarliśmy na miejsce. Pierwsze wrażenie po wyjściu z pociągu – gorąco. Wilgotno. Na całe szczęście tego dnia nic nie było przewidziane, poza dotarciem do hotelu, obiadem (typowo chińskim – a jakże), rozdaniem kluczy do pokojów (tak, tak – w takiej kolejności – najpierw jedzenie, potem zaś czas na prysznic…) i ustaleniem pobudki następnego dnia na nieludzką wręcz godzinę 6. Nikt nie ma ochoty na wyjście gdziekolwiek. Miasto sprawia wrażenie przyjemnego, ale postanawiamy, że czas na bliższe poznanie znajdzie się następnego dnia.

Dzień pierwszy.

Pobudka skoro świt, szybkie śniadanie i ruszamy. Na pierwszy ogień jaskinia, która bez dwóch zdań robi niesamowite wrażenie, szkoda tylko, że upstrzona została wątpliwej urody lampami.

Choć wszystko to przebiła … winda. Tak, tak. Nie ma to, jak w taki pięknym miejscu wybudować windę… Nie narzekaliśmy jednak, bo i po co – i tak niczego to by nie zmieniło 🙂

Kolejny punkt programu to rejs po LiJiang – i już wiadomo, dlaczego to miejsce uważane jest za jedno z piękniejszych w Chinach – niesamowite wzgórza, pokryte wszelką roślinnościa. Ma się wrażenie, jakby to nie była lita skała, tylko wyjątkowo żyzna ziemia.

A oto i ekipa 🙂

I na deser – kuchnia okrętowa 🙂 Przyznam się szczerze – nie próbowałem specjalności, wystarczył mi widok krabów i krewetek obtoczonych w wątpliwej jakości panierce 🙂

Po kilku godzinach dotarliśmy do kolejnego miejsca – mieściny (w chińskich kategoriach wioski) Yangshuo (marne 300 tysięcy mieszkańców). Miejsce naprawdę piękne, szkoda tylko, że nie miałem więcej czasu na pobuszowanie po licznych zaułkach i krętych uliczkach.

Nie mogłem sobie odmówić zrobienia tego zdjęcia – już to ze względu na kolorystykę, już to na krzyż, wystający z pomiędzy posążków.

Tutaj zaś uwieczniłem proces produkcji jedwabiu

I jeszcze jedno zdjęcie – niby zwyczajne boisko przyszkolne. Ale wyobraźcie sobie, jaka to musi być frajda grać w kosza na boisku otoczonym przez takie góry, jak ta w tle. Niesamowite wrażenie. Zresztą większość miejsc w tym rejonie sprawia wrażenie wciśniętych między skały i góry.

Zmęczony, spocony (ech, nieludzka wilgotność, a i temperatura wysoka) zapakowałem się ostatkiem sił do autobusu. Koniec pierwszego dnia zwiedzania. Przez grzeczność nie wspomnę o obiedzie – zupełnie nie przypadł mi do gustu. Na całe szczęście po przyjeździe do hotelu w Guilinie i prysznicu odzyskałem siły. Na tyle, że mogłem myśleć o uskutecznieniu jakiegoś wypadu ‘na miasto’. Oczywiście w doborowym towarzystwie 🙂

A to zdjęcie sprzed jednej z restauracji. Nie ma to, jak samemu skompletować sobie menu. Ja akurat nie jestem zwolennikiem tego typu fast-foodów, więc odmówiłem sobie tej wątpliwej przyjemności.

Dzień drugi.

Kolejna poranna pobudka, tym razem przewodnicy zlitowali sie nad nami i ustalili godzinę wstawania na 7.30 🙂 Dzięki im za to 😉

Rozpoczeliśmy zwiedzanie od jednego z najbardziej chyba znanych i kojarzonych widoków związanych z Guilinem – wzgórza XiangBi – w kształcie słonia (zanurzającego trąbę w wodach rzeki Li).

Mnie zainteresowały także ptaki, które widziałem dzień wcześniej. Te bystre stworzenia wykorzystywane są do łowienia ryb. Nie odmówiłem więc sobie okazji zrobienia kilku zdjęć.

Po licznych próbach, zwieńczonych tymi oto zdjeciami zrobiłem sobie przerwe, uwieczniając na fotografii robotnika skrzętnie rozbijającego pobliski chodnik. Być może na jego miejscu powstanie taki oto oryginalny, nowy.

Po tych porannych spacerach przyszła kolej na prawdziwe wyzwanie – wzgórze DieCai.

Nie wiem, kto wpadł na pomysł budowania schodów prowadzących na szczyt wzgórza, ale kazałbym temu ktosiowi chodzić tymi schodami w te i we wte. Męczarnia – to jedno słowo przychodzi mi do głowy. Naprawdę uważam, że w górach chodzi się po szlakach, a nie po schodach. Tak czy owak dotarłem na szczyt, mijając przy okazji świątynię i płaskorzeźby na skałach.

Upał straszny, więc i nie dziwne, że minę po dotarciu na szczyt miałem taką, jak na poniższym zdjęciu:

Nie wspomnę już o drodze na dół, bo i po co. Schodzenie schodami jest jeszcze bardziej interesujące, niż wchodzenie nimi 🙂

Na całe szczęście na dole czekał już autokar. Zapakowaliśmy się i ruszyliśmy na zwiedzanie kolejnego punktu – kanału Ling (LingQiu). Zbudowany w latach 219-214 p.n.e.służył pierwszemu cesarzowi, pozwalając na transport zaopatrzenia jego wojsk. Kanał ten uważany jest za jedną z trzech budowli pokazujących zdolności chińskiej inżynierii (pozostałymi są – Wielki Mur i system rzeka Du – system irygacyjny).

Dzień trzeci.

Rozpoczynamy od zwiedzenia kolejnej jaskini. LuDi Yan jest – moim zdaniem – jeszcze ładniejsza, od jaskini zwiedzanej pierwszego dnia, szkoda tylko, że i tu powstawiano owe śmieszne lampy.

Kolejne miejsce to pewna wioska. Oficjalnie – jednej z mniejszości. Faktycznie? Hmm. Nie wiem, czy choć jedna osoba w tym miejscu była z jakiejś mniejszości. No cóż – dla większości turystów najważniejsze jest, żeby po prostu zobaczyć kolejne kolorowe miejsce.

Tutaj jedna z zabaw – przeskakiwanie nad ‘prętami’ bambusowymi

I kolejna atrakcja – walki kogutów (w rytm hiszpańskiej muzyki… skojarzenia z corridą chyba jak najbardziej oczywiste…). Na zdjęciu kobieta ciesząca się po wygraniu zakładu (można było obstawiać, który kogut wygra)

Po tych atrakcjach już tylko zapakowałem się do autokaru i czekałem na powrót do Gulinu – kilka miejsc w tym mieście chciałem zobaczyć, co też udało się.

I jeszcze na koniec czekała taka oto niespodzianka:

Na centralnym placu wyrysowano olbrzymią mapę świata, na której nie zapomniano także o umieszczeniu naszej stolicy 🙂 I to nawet z nazwą napisaną po polsku 🙂

Powrót.

Pobudka o 7.30. Szybki prysznic, spakowanie plecaka i można zapakować się do autobusu. Pogoda zdecydowanie gorsza – temperatura spadła do jakiś 15-18 stopni, pochmurno – cisza jak przed burzą. Ale to już nie nasz problem. Docieramy na dworzec kolejowy, przedostajemy się przez kolejne bramki i po krótkim pobycie w poczekalni dostajemy się do pociągu. Skład osobowy naszego ‘przedziału’ zbliżony do pierwszego – sekcja słowacka, sekcja polska oraz sekcja amerykańska 🙂

Teraz już tylko odliczaliśmy, ile to jeszcze zostało do Szanghaju. Krajobraz za oknami taki, jak na poniższych zdjęciach

Tym razem nasza grupa została rozrzucona po całym pociągu – Chris i Kyoko odwiedzają nas od czasu do czasu. A i ja składam rewizytę 😉 Sporo czasu przegadałem z Jian (Koreanką). Chris nie mógł tego zrozumieć – dla niego Jian jest strasznie ‘sztywna’ (Oh man, what a stiff girl) – choć sam z własnej nieprzymuszonej woli przesiedział z nami całkiem sporo czasu 😉 Cóż – Chris jest po prostu bardziej otwarty i bezpośredni. Jian jest zupełnie inna. Co nie znaczy, że sztywna. I tak właśnie na takich rozmowach przerywanych grą w karty i kości, jak również snem przemęczyliśmy drogę powrotną 🙂

Napisal

Od 2005 w Chinach, gdzie mieszkam, pracuję, obserwuję i piszę :-)

Wpis z kategorii: Chiny · Tagi: , , , , , , ,

8 komentarze(y) do wpisu: "Guilin – czyli 56 godzin w pociągu"

  1. bayushi says:

    Zdjęcia są śliczne. Co tu duzo mówić – zazdroszczę nesamowitej wycieczki. 🙂

  2. StaS says:

    no Chiny sa rzeczywiscie ciekawe i malownicze, to wiecej takich udanych wycieczek

  3. Wojtek says:

    Bayushi – dzięki! Ze zdjęciami nigdy nic nie wiadomo, ale tym razem sam jestem z kilku zadowolony 🙂

    StaS – na razie wycieczek dość 🙂

  4. olala says:

    Napisze krotko.. Ja tez zazdroszcze 😉

  5. sajm says:

    Hehe! Niezły trip ziom. Dzieki za życzenia świąteczne. Nie odpisywałem bo na święta wyrzuciłem kompa za okno. Wiosna idzie, trzeba roleczki odkurzyć. Jeździsz coś jeszcze człowieku na rolach? Stwierdziłem, że nadgarstki mam coś w za dobrym stanie, wiec wjadą pewnie jakieś ekstrema. :)Narka i baw się dobrze. sajm

  6. Wojtek says:

    Olala – dlaczego tak krótko ? 😉 Jeśli spodobało Ci się to miejsce, to jest spora szansa, że je zobaczysz szanowna stypendystko 🙂

    Sajm – nie miałem okazji założyć tutaj rolek na nogi. A tak po prawdzie, to byłoby gdzie jeździć. Jest sporo parków, skwerów, placów. I wszędzie równiutki asfalt…

  7. Śledziu says:

    no wycieczka ciekawa chętnie sam bym pooglądał chiny… może jeszcze jestem za młody… ;]

  8. StaS says:

    Tak tak Śledziu, ucz się i rośnij- świat stoi otworem.